Recenzja: W cieniu klątwy

„Ogniste włosy i kremowa skóra z twojego życia w Amsterdamie; pewność siebie i zdecydowanie demonstrowane w purytańskiej rodzinie; pokora i wewnętrzna siła, których nabyłaś w trakcie mieszkania w Paryżu; elegancka suknia i zalotne spojrzenie wyjęte z życia londyńskiej socjety, a oczy… Oczy te same. Niezmienne, wieczne, bez względu na kolejne przebrania.”

Pierwszy raz „Ever” wzięłam do rąk w zeszłym roku, jadąc na zieloną szkołę. Równocześnie z książką pani Noel zapakowałam „Mroczny sekret” Libby Bray. Od samego początku druga pozycja przypasowała mi bardziej, więc wciągnęłam się w pierwszą część trylogii „Magiczny krąg”, a „Ever” wylądowała gdzieś na półce. Przypomniałam sobie o niej jakiś miesiąc później, już w czasie wakacji. I wtedy książkę przeczytałam. Jak to ze mną bywa, z początku byłam zachwycona. Później przyszedł zdrowy rozsądek i emocje opadły. Zdołowała mnie nieporadność Ever i idealność Damena. Z „Błękitną godziną” nie było wcale lepiej, wręcz przeciwnie. Sięgając po „W cieniu klątwy”, tliła się we mnie niepewność, czy na pewno dobrze robię, ponieważ poprzednie części mogłabym z czystym sumieniem określić mianem „niewartych zainteresowania”.

Ever staje przed trudnym zadaniem – musi wydobyć od Romano informacje na temat antidotum na antidotum, które w poprzednim tomie podała ukochanemu i w tenże sposób przeklinając ich miłość na wieki. Skazała nieśmiertelnych na życie razem, jednak praktycznie bez możliwości dotykania się, a wiadomo, że taka miłość, to nie miłość.

Damen natomiast dochodzi do wniosku, że przez całą swą egzystencję był pyszny i rozrzutny, więc postanawia się zmienić. Zaprzestaje chodzenia w firmowych ciuchach, zamienia luksusowe auto na vana (dość obskurnego, zdaniem Ever i jej przyjaciół) i generalnie robi z siebie cierpiętnika w imię dobra narodu. I między innymi dlatego decyduje się zaopiekować Romy i Rayne – małymi bliźniaczkami, które powoli wtajemniczają ich w pewne magiczne sztuczki, o których nie mieli pojęcia…

W dodatku Sabine, ciotka głównej bohaterki i jej prawna opiekunka, umawia się z nauczycielem dziewczyny, co niekoniecznie jej odpowiada. Stwierdza również, że Ever powinna znaleźć sobie pracę, by zająć czymś głowę. W ten sposób trafia do księgarni i spotyka uroczego, acz nie tak doskonałego Jude’a, dzięki któremu zbliża się do ciemniejszych zakątków magii w poszukiwaniu lekarstwa na ciemne chmury. W pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że z Judem zaczyna łączyć ją coś więcej, co boleśnie odbija się na Damenie. Jednak nie ma pojęcia, że to „coś więcej” to wspólna przeszłość.

Ta część właściwie nic nowego nie do serii nie wnosi. Wydaje się być takim „mostem” łączącym „Błękitną godzinę” z czwartym tomem. Prócz wydarzeń dotyczących Haven, nie widzę w powieści nic godnego zainteresowania, co choć trochę urozmaiciłoby akcję.

Wręcz nie mogłam znieść ciągłych jęków Ever na temat jej nieszczęść. Nieprzerwanie coś było nie tak. Nieważne, kogo to dotyczyło – czy Romy i Rayne, Jude’a, Damena, Haven , czy jeszcze kogoś innego. Dodatkowo autorka przedstawiła ją po raz kolejny jako totalną sierotę bez wyobraźni, ślepo zakochaną i zdesperowaną.

Z początku pałałam pewną sympatią do Romano, ponieważ wydawał się być postacią o jasno określonym charakterze. Teraz jednak i on stał się nużący. Ja wiem – zemsta za urazy z przeszłości i tak dalej, ale zrobił, co zrobił i mógłby się ulotnić. Dzięki Niebiosom, autorka wprowadziła barwną figurę Jude’a, chłopaka, który od samego początku budził we mnie sympatię – właśnie tą swoją nieidealnością. Od samego początku byłam po jego stronie. Jak to się skończyło? Zobaczycie, jak przeczytacie.

Warto wspomnieć o okładce. Cóż, jeśli widnieje na niej główna bohaterka, to daleko jej do pierwowzoru. Według opisu pani Noel Ever była blondynką, a nie szatynką, jak przedstawiono ją na okładce po raz kolejny. Oprócz tego nie mam zastrzeżeń, mogę śmiało stwierdzić, że Wydawnictwo Dolnośląskie spisało się całkiem dobrze.

Co tu można jeszcze dodać? Nie spodziewałam się wiele po książce. Dobra, miałam jakieś nadzieje na nagły zryw w akcji, coś nieprzewidywalnego, co przerwie tę telenowelę. I się rozczarowałam, bo nic takiego nie nastąpiło. Z drugiej strony, patrząc na poziom dwóch poprzednich książek, nie powinnam wymagać nie wiadomo czego. Alyson poziom utrzymała i chwała jej za to, że nie obniżyła lotów. Mam pewne wątpliwości, czy sięgnę po kolejną część. Może z ciekawości, kto wie? Jak wpadnie mi w ręce na jakiejś przecenie… I nie wiem, czy polecić. Naprawdę, szczerze nie wiem. Ponieważ opinie słyszałam różne, w myśl których jednym podoba się styl Noel, drudzy od niego uciekają. Także tak: miłośnicy „Nieśmiertelnych”, nie czekajcie, kupcie. Możecie odrobinę rozczarować się, jeśli chodzi o małą liczbę przełomowych wydarzeń. Czytelnicy, którym niespecjalnie podpasowały poprzednie tomy: lepiej wydać te trzydzieści złotych na inną książkę. Ta niczym nowym was nie zaskoczy.

W mojej ocenie „W cieniu klątwy” zdobywa jedynie 2,5/6. Życzę więcej wzlotów niż upadków.

Christie