Recenzja: Dotyk mroku

A jednak chłopiec widział… Ślepe spojrzenia pasażerów zwrócone w jego kierunku. Mroka wyglądającego zza oparcia czerwonego fotela. Czarną kulkę na dłoni matki. Wszystko.

Dostałam „Dotyk mroku” do zrecenzowania. Muszę przyznać, że od samego początku byłam sceptycznie nastawiona do książki i to głównie dlatego, że autorka jest Polką. Mnie – pomijając serię „Felix, Net i Nika” jakoś polskie książki nie podchodzą. Więc odkładałam czytanie z dnia na dzień, sięgając po inne pozycje. Ale termin gonił i w końcu – chcąc nie chcąc – za książkę Doroty Wieczorek musiałam się zabrać. Po przeczytaniu mam mieszane uczucia. Ale to za chwilę.

Piętnastoletni Jacek Gawęda jest czarodziejem. Mieszka w Gdańsku i stara się zachowywać jak normalny nastolatek. Jednak przeszkadza mu w tym kilka ważnych czynników.

Po pierwsze, jest czarodziejem. I to nie byle jakim. Siostrzeńcem jednego z najpotężniejszych magów, a prawdopodobnie nawet przerastającym jego umiejętności.

Po drugie, mieszka z wujem Krzysztofem, ponieważ ojciec zmarł przed urodzinami jego i brata.

Po trzecie, miał brata. Kiedyś, dawno temu. Ale wydarzyło się coś, czego Jacek do tej pory nie potrafi zapomnieć, i jego brat również odszedł. Matka natomiast popadła w swego rodzaju otępienie i nie zwraca uwagi na syna. Jednego jedynego, bo przecież tylko on zawsze istniał, prawda?

Po czwarte, urodził się jako bardzo osobliwa odmiana czarodzieja. Odstrasza mroki, stworzenia żywiące się ludźmi. Nie w dosłowny sposób, rzecz jasna. Mroki wysysają z ludzi życie, zamieniając ich w swoich pobratymców.

Tyle powodów chyba wystarczy, by móc śmiało stwierdzić, że Jacek normalnym nastolatkiem nie jest i nigdy nie będzie. Wcale mu się to nie podoba. Nie prosił o moc kontrolowania zjawisk atmosferycznych.

Jednak w imię dobra musi stanąć do walki z mrokami, które służą niezdefiniowanej dotąd sile zwanej Ciemnością, rosnącej w potęgę w podziemiach Góry Gradowej, skąd wydobywa się najpotężniejszą magiczną substancję. Kryje się tam również rozwiązanie zagadki Wielkich Czarodziejów, legendarnych kosmicznych wędrowców i przodków wszystkich magów.

Dorota Wieczorek napisała baśń. Inaczej nie jestem w stanie tego określić. Powieść, którą stworzyła, to fantastyka dla dzieci. Wszystkie te baśniowe stworzenia, mroki, rusałki, smoki, latające konie… Nie mówię, że książka jest zła. Wręcz przeciwnie, spodziewałam się czegoś wyjątkowo nieciekawego i nudnego, a tu autorka zaskoczyła mnie wartką akcją i całkiem przyjemnym, przystępnym stylem pisania. I jestem w stu procentach pewna, że gdybym czytając tę książkę była młodsza o jakieś dwa, trzy lata, po prostu nie mogłabym się od niej oderwać. Teraz potraktowałam ją po prostu jako bajkę.

Co mi w niej przeszkadzało? Śmieszne imiona i pompatyczne nazwy własne. „Gniewomir” albo „Wichrowy dwór” odrobinę mnie drażniły. To już kwestia indywidualnego podejścia, ale ja osobiście nie toleruję tak wymyślnych sformułowań.

„Dotyk mroku” – choć wcześniej stwierdziłam, że bardziej jest baśnią dla dzieci, niż dla nastolatków – może wiele nauczyć. Pokazuje, jak zaledwie piętnastoletni chłopak radzi sobie w trudnej sytuacji, gdzie wszyscy naokoło wymagają od niego bycia kimś, kim nie chce się stać. Myślę, że wielu z nas przeżywa bądź przeżywało podobne sytuacje. Pani Wieczorek prezentuje nam dziecko, które w młodym wieku straciło część rodziny. W dodatku matka, która mu pozostała, zdaje się żyć w innym świecie. Mimo że kiedyś również była czarodziejką, przez mrożący krew w żyłach incydent straciła Wzrok i stała się jednym z magicznych ślepców – ludzi nieczułych na magię.

Wystawiając opinię powieści „Dotyk mroku” czuję się trochę nie na miejscu. Wiem, że nie mogę ocenić obiektywnie książki, ponieważ – mimo krążącym po internecie opiniom – jest przeznaczona dla wieku niższego niż szesnaście lat. Neutralnie mogę stwierdzić parę rzeczy: książka napisana jest naprawdę dobrze, tak, że wciąga. Ciągle coś się dzieje. Każda z postaci ma wyraźnie zarysowany charakter. I – co bardzo ciekawe – żaden z tych charakterów nie wydawał mi się irytujący, co jest nie lada wyczynem.

Zapomniałabym wspomnieć słowa o okładce. Kolorystyka bardzo mi się podoba – jest taka żywa i wyrazista. Reszta już niekoniecznie – choć okładki „Tunele. Głębiej” i „Dotyk mroku” mają ze sobą niewiele wspólnego, dostrzegam jakieś podobieństwo, przez które cały efekt legł w gruzach.

Ogólnie rzecz biorąc: polecam książkę młodszym czytelnikom gustującym w fantastyce – jestem prawie pewna, że wam się spodoba.

Ocena końcowa: 5/6

[yframe url=’http://www.youtube.com/watch?v=V6qgxuzkDS4′]