Recenzja: Miasto Upadłych Aniołów

„L’amor che muove il sole e l’altre stelle“*

Kiedy w końcu wszystko nabiera klarownych kształtów, zło zostało przepędzone, a każdy w około się szczęśliwi, chyba najwyższy czas wierzyć, że to happy end. Ale nie zawsze happy end jest rzeczywiście zakończeniem. Czasem zakończenie może być… przewrotne i całkowicie niebezpieczne.

Minęło sześć tygodni. Sześć miłych tygodni, które Clary starała się spędzić ze swoim ukochanym Jace’em. Tymczasem jej najlepszy przyjaciel Simon umawiał się z dwoma interesującymi dziewczętami – Isabelle i Maią. Ironia jednak polegała na tym, że żadna z nich nie wiedziała o tej drugiej. Matka Clary i jej przyjaciel Luke planowali swój ślub. Wszystko więc wydawało się iść w dobrym kierunku. No, prawie dobrym. Aż do czasu, kiedy Jace’a zaczęły nękać mroczne sny, a Simon stracił grunt pod stopami, nie mogąc pogodzić się ze swoją naturą, strachem matki i dwoma dziewczętami. I jeszcze do tego w jego życie wkroczył dziwny chłopak o wytatuowanych ramionach.

A później zaczyna się coś dziać. W tajemniczych okolicznościach umierają Nocni Łowcy związani z Kręgiem. W zaułki przy śmietniku odnaleziono zdeformowane niemowlę. A królowa Jasnego Dworu najwyraźniej próbuje przekazać Clary coś bardzo ważnego. Na domiar tego w mieście pojawia się legendarna wampirzyca, która jest mocno zainteresowana Chodzącym Za Dnia. Sprawy coraz dalej brną w ślepy zaułek, a akcja nabiera niesamowitego tempa.

Ale na tym koniec o fabule. Nie popsuję Wam zabawy. Przeczytajcie książkę sami! Jeśli jednak nadal nie jesteście przekonani powiem, że to będzie jak grom z jasnego nieba, jak wszechogarniający Was strach, trwoga i zachwyt.

Tak właśnie się czułam, kiedy sama przeczytałam długo wyczekiwany czwarty tom serii „Dary Anioła” – „Miasto Upadłych Aniołów”. Amerykańskie recenzje były tak… niepochlebne, że naprawdę się bałam. Co spotka Clary i Jace’a? Jak ze swoim życiem poradzi sobie poczciwy Simon? Czy Alec i Magnus będą szczęśliwi? Dlatego też oczekujemy na wyjaśnienia. Lecz na tych ledwie czterystu trzydziestu stronach dowiadujemy się tak przedziwnych rzeczy, iż po zakończeniu lektury pozostaje nam tylko rwać włosy. Z żalu oczywiście. I bezsilności.

Po raz kolejny o dziele Cassandry mogę mówić w samych superlatywach. Nawet, jeśli pierwsza połowa książki śmiertelnie mnie nudziła i denerwowała. Nawet, jeśli zakończenie doprowadziło mnie do głębokiej rozpaczy. Nawet, jeśli zachowanie niektórych bohaterów było infantylne i z „wszechstron” bezsensowne. I tak powiem to, co muszę powiedzieć – ta powieść jest obłędna! Niezwykła i wciągająca zarazem. Idealna.

Akcja powieści rozwija się naprawdę powoli. Lektura podzielona jest na dwie części. Pierwsza wprowadza nas w nowe wydarzenia, kształtuje rzeczywistość, nawarstwia kolejne konflikty, by później w drugiej części nagromadzone informacje i napięcia wybuchły z niesamowitą siłą. Od połowy książki aż do samego końca fabuła gna jak szalona. Dodatkowy dynamizm autorka osiągnęła poprzez przeskakiwanie ze sceny w scenę, pokazując wydarzenia w różnych miejscach w tym samym czasie. I oczywiście każdą ze scen urywa w momencie kulminacyjnym, by później powrócić od początku do kolejnej sceny i budować taki sam schemat. Od tego oczekiwania i niepewności można wręcz oszaleć!

Niesamowite jest to, że pojawia się tak wiele wątków, a niektóre są silnie związane z wierzeniami religijnymi. To dodaje tajemniczości i głębszego sensu dla dzieła. Bohaterowie jak zawsze żywi i pełni pasji. Pojawia się oczywiście nawiązanie do serii „Diabelskie Maszyny”, odnajdujemy między wierszami wspomnienia nowych postaci. Ta więź sprawia, że niemożnością by było nie zapoznać się z „Mechanicznym Aniołem”. I choć nie jest to konieczne, by zrozumieć akcję „Miasta Upadłych Aniołów”, niemniej doradzam wcześniej sięgnąć po powieść o XIX-wiecznych Nocnych Łowcach. Po prostu będzie czytelnikom łatwiej powiązać fakty ze sobą, a wówczas wszystko nabierze głębszego sensu. I postawi kolejne bolesne pytania.

Niestety o błędach też należy wspomnieć. Ale nie tyczą się one samej autorki, lecz wydania polskiej wersji. Pierwsza sprawa – odmiana imion. Naprawdę nie wiem, czy to jest aż tak trudne? Jace. Normalne imię. Jace’a, Jace’owi, z Jace’em, o Jace’ie. Zero filozofii. Dlaczego więc czytając powieść miałam ochotę pobiec po długopis i bazgrać w książce? Bo najwyraźniej ktoś nie umie odmieniać tego pięknego imienia. A wielka szkoda, gdyż nie tylko ja jestem sfrustrowana ową sytuacją. Druga sprawa – nie tyle przekład, co okładka. O tak, wywołała burzę na forach internetowych i portalach społecznościowych. Nie dziwię się. Okładka jest okropna. Wiem, że to Simon, ale gdzie jest jego Znak Kaina? Wyparował? I czy on wygląda na chudego nastolatka? Nie, raczej jak na chłopca na sterydach, który ma problemy z wypróżnieniem. Ot co! Idąc za ciosem – kiedy postawi się czwartą część na półce obok poprzednich, nie ma żadnego powiązania wizualnego między nimi. Grzbiety się różnią tak, jakby „Miasto Upadłych Aniołów” było osobną serią. Naprawdę wielka szkoda!

Niemniej staram się odrzucić te minusy na bok, kiedy mam w perspektywie świadomość, jak długo będę musiała czekać na kolejną część „Darów Anioła” – „Miasto Zagubionych Dusz”. Niestety premiera piątej części przewidziana jest za granicą na maj 2012 roku. A to oznacza, że bardzo, bardzo długo będziemy czekać. I cierpieć.

Dlatego jak zawsze w przypadku dzieł Cassandry Clare daję najwyższą ocenę i naprawdę polecam każdemu, zarówno stałym fanom „Darów Anioła”, jak i tym, którzy o przygodach Clary i Jace’a usłyszeli dopiero teraz. Obok tej powieści nie można przejść obojętnie. Jest jak wymyślna tortura, której chcemy się poddać dobrowolnie. O słodkawo-metalicznym posmaku.

**** Tirindeth by mybooksbytirindeth dla PB

 

* „Miłość jest najpotężniejszą siłą na świecie”, MUA, strona 81.