Recenzja: Łotr

„… dla magii bogaci i biedni to nie to samo co dobrzy i źli.”

Jeśli ktoś naprawdę lubi książki z gatunku fantasy i nie zna twórczości Trudi Canavan, powinien jak najszybciej to zmienić. „Łotr” to druga część „Trylogii Zdrajcy” i kontynuacja historii zarysowanej w „Misji Ambasadora”.

Lorkin nadal pozostaje w Azylu i usiłuje odnaleźć się w nowym otoczeniu, a przede wszystkim – poszerzyć swoją wiedzę o nowym rodzaju magii. Jednak przez cały ten czas ma świadomość niedotrzymanej przez ojca obietnicy wobec Zdrajców, dlatego nie jest bezpieczny wśród buntowników. W skutek pewnych wydarzeń traci coś bardzo cennego, jednak zyskuje także szansę na powrót do domu. Nie jest jednak z tego tak szczęśliwy, jak mogłoby się na początku wydawać. Uczucie, którym darzy jedną ze Zdrajczyń, Tyvarę, staje się silnym argumentem, który sprawia, że chciałby pozostać z ukochaną. Jednak informacje, które zdobył, mogą by bardzo pomocne dla Gildii.

Także Ambasador Dannyl, zdobywa bardzo cenne dane, które mogą poszerzyć umiejętności Magów Gildii. Jednakże wszystko musi być bardzo delikatnie rozegrane, ponieważ mogłoby to narobić Magom Krain Sprzymierzonych więcej szkody niż pożytku. Dannyl, również tak jak i Lorkin, ma jednak pewne problemy sercowe. Rozdarty pomiędzy uczuciem do dawnego kochanka a nowego wpływowego, acz bardzo niebezpiecznego towarzysza musi być ostrożny w swoich wyborach.

Gildia Magów także ma swoje dylematy. Wciąż borykają się z narkotycznym środowiskiem, które ma coraz większą popularność, zarówno wśród niższych warstw społecznych, jak i wśród tych wyższych. Magowie pochłonięci poszukiwaniami Skellina, nie dostrzegają niebezpieczeństwa kryjącego się pośród nich. Kolejne osoby poznały tajniki czarnej magii, zakazanej w Ziemiach Sprzymierzonych. Z powodu dwóch nowicjuszek, prawa Gildii zostają wystawione na próbę. Okazuje się, że nawet magowie mylą się, obdarzając zaufaniem nieodpowiednie osoby. Nawet ktoś niepozorny jest w stanie narobić wielkich problemów.

Nowe wyzwania nie omijają Sonei, głównej bohaterki „Trylogii Czarnego Maga”, która jest już dorosłą i doświadczoną kobietą. Musi stawić czoło uczuciom Dorriena, ale dostaje także niespodziewane zadanie. Pomimo wszystko, jednak wciąż jest wrażliwa i delikatna jak kiedyś.

Trudi Canavan, jak już na wstępie wspomniałam po raz kolejny bardzo szczegółowo obrazuje nam uczucia bohaterów. Nie każdemu może jednak spodobać się rozległy wątek homoseksualny. W poprzednich częściach autorka skupiła się na miłości między Dannylem a Tayendem, co moim zdaniem było dość ciekawe. Było to coś innego nich dotychczas czytałam i powiem szczerze, że nawet podobała mi sie taka odmiana. Jednak wprowadzenie kolejnego związku tego typu, już nie bardzo przypadło mi do gustu. Czyżby pani Canavan nie miała juz pomysłu na naszych bohaterów i zaczęła stosować sprawdzony wcześniej schemat? Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie,  każdy z osobna musi zajrzeć do świata magii i czarów, aby ocenić czy taki rozwój uczuć bohaterów fascynuje go czy nie.

Ponownie autorka zabiera nas w krainę pełną magii, politycznych konfliktów, intryg oraz uczuć. Jej rzeczywistość wciąż zmienia się i ewoluuje, co rusz odkrywa przed bohaterami, a także czytelnikami, nowe tajemnice, nie  pozwalając zbyt szybko odejść od lektury. Tradycyjnie, również tu  mamy do czynienia z wieloosobową narracją, co jest już znakiem firmowym Canavan. Powieść mimo iż ma ponad 500 stron nie nudziła mnie nawet przez moment. Historia jest bardzo obfita w wydarzenia i chociaż nastąpiła zmiana tłumacza, Izabelli Mazurek na  Agnieszkę Fulińską, czyta się z zapartym tchem. Wręcz muszę się przyznać, że pochłania się nią tak szybko, że sama byłam w szoku, gdy  w jednej chwili dobrnęłam do końca. Miałam niezmierną ochotę wtedy wręcz krzyczeć: jeszcze, ja chcę jeszcze…

Nie wiem, czy potrafię obiektywnie ocenić ”Łotra”, jako oddana fanka wybitnej australijskiej pisarki.  Mimo, kilku trochę nużących już uczuciowych potyczek, książkę z czystym sumieniem oceniam na 6/6!