Recenzja: Osaczona

„Wszyscy mamy w sobie pierwiastek zła i wszyscy wybieramy, czy mu się poddać, czy z nim walczyć.”

„Osaczona” to piąty tom z cyklu „Dom Nocy” P.C. i Kristin Cast. Pierwszą i drugą część z serii czytałam z zapartym tchem, chciwie pochłaniając perypetie Zoey osadzone w świecie wampirów chodzących wolno po ulicach. Po przeczytaniu „Zdradzonej” (II tom), dowiedziałam się, że planowanych jest naście części i zadałam sobie pytanie: O czym one właściwie mogą być? I od tamtej pory ochota do czytania owych książek jakoś ze mnie wyparowała. Pozostała natomiast zwykła ludzka ciekawość, co też Zoey nabroi w kolejnym tomie.

W poprzedniej części pojawia się upadły anioł, Kalona, setki lat temu uwięziony przez czirokeskie kobiety pod ziemią. W skutek wsiąknięcia krwi czerwonej wampirzycy, a jednocześnie najlepszej przyjaciółki Zoey Redbird – Stevie Rae – zostaje on uwolniony przez Neferet, kapłankę Nyks i dyrektor Domu Nocy w Tulsie. Odwróciła się ona bowiem od swojej bogini, dosłownie i w przenośni zaprzedając duszę diabłu, tym razem uosobionemu przez demona.

Zoey wraz z przyjaciółmi schodzi do tuneli z czasów prohibicji znajdujących się pod miastem. Tymczasem nad miastem w Oklahomie zbierają się ciemne chmury i rozpętuje się olbrzymia, niszczycielska burza, która pozbawia większości ludzi prądu. W dodatku Zoey i jej przyjaciele zgodnie postanawiają, iż należy zbadać sytuację w wampirze szkole i dowiedzieć się jak najwięcej o planach Neferet i Kalony.

Ale to nie wszystko. Na tle tego wątku – który przy miłosnym wydaje się być wątkiem pobocznym – rozgrywają się kolejne dramaty z życia sercowego głównej bohaterki. I choć jest o jednego ukochanego mniej, bowiem Loren Blake zginął w poprzednim tomie, nadal pozostaje ich kilku. Są to: zabójczo przystojny wampir Erik, którego zdradzała kilka razy z Lorenem (w myślach, czy też na jawie – kto o to dba!); kochający na zawsze, słodki futbolista i jej były ludzki chłopak, z którym bywała skojarzona Heath oraz tajemniczy, pokarany przez Nyks darem zawsze-trafiania-w-cel-niezależnie-od-konsekwencji czerwony adept-zombie (obecnie pod działaniem mrocznych sił Neferet) Stark. No i jest oczywiście Kalona, który – jako upadły superprzystojny anioł, znajdujący w niej kochankę z dawnych lat, przez którą został pogrzebany (A-yę) – budzi w niej głębsze doznania, głównie na tle erotycznym. Zoey, jak łatwo się domyślić, znów próbuje z każdym po trochu. Czasem naprawdę ją podziwiam – dziewczyna praktycznie nie ma wyrzutów sumienia (albo ma i je ignoruje), zgadzając się na związek z Erikiem i jednocześnie kręcąc ze Starkiem i Heathem. To musi być całkiem wygodne.

Jeśli jestem przy związkach, należy wspomnieć nie tylko o Zoey i Eriku-Heathcie-Starku, ale też Damienie i Jacku oraz Afrodycie i Dariusie, Synu Ereba, który wraz z przyjaciółmi uciekł do tuneli. Co prawda nie wiemy wiele o tym, jak się mają ich relacje, ale są zdecydowanie mniej skomplikowane i pokręcone niż związek Zoey.

Zaczynając serię podobał mi się młodzieżowy język, jakim piszą autorki. Z kolejnymi zmieniałam zdanie, ponieważ miałam wrażenie, że jest to niemal robione na siłę. Te wszystkie zwroty „zaraz się zrzygam” i temu podobne wręcz odstraszają. Poza tym jest jeszcze koszmarny styl wypowiadania się Bliźniaczek – mam tu na myśli to zwracanie się per „bliźniaczko”, co wydaje się niezwykle irytujące.

Przemyśleń Zoey chyba nie skomentuję. Zbytnio doprowadzały mnie do szału i morał z każdego wyglądał mniej więcej tak: „wiem, że robię źle, całując się z X, bo Y i Z cierpią, ale jestem taka sierota i mam dużo innych problemów na głowie, że będę robić tak dalej.” Nie. Do. Wytrzymania.

Książka nie porywa też wartką akcją i  nieprzewidywalnością. Właściwie odkąd przecisnęłam się przez jedną trzecią, wiedziałam, jak się skończy. Zaskakujące wydawało się tylko to, kogo zdradzi Zoey i z kim.

Odniosłam wrażenie, że autorki zatracają się w świecie stworzonym w pierwszym tomie. Podobała mi się koncepcja wampirów komunikujących się z żywiołami i wyznających kult bogini nocy. Ogromnie zadowoliła mnie rola tatuaży. Troszkę nie pasowała mi opcja, że wampiry są powszechne, a wampiryzm jest najzwyklejszą zmianą, czy błędem genetycznym. Ale to było do przemilczenia. Czerwoni adepci-zombie też ostatecznie byli dopuszczalni. Natomiast kiedy panie Cast wrzuciły do książki upadłego anioła, opadły mi ręce. Jak wampiry, to wampiry. Niech się kobitki na coś zdecydują.

Na koniec muszę szepnąć słówko o okładce, która nie tylko jest lepsza od oryginału, ale po prostu śliczna! I kolorystyka i czcionka i sama Zoey bardzo mi się podoba. Zauważyłam natomiast, że z tyłu książki znajduje się miniaturka, na której główna bohaterka nie posiada charakterystycznych tatuaży.

Ogólnie mówiąc, jest to mało ambitna powieść, z gatunku tanich romansideł z paranormalem w tle. Jedną z nielicznych pozytywów jest dobrze pokazana przyjaźń Bliźniaczek, Damiena, Jacka, Erika i Zoey oraz rodząca się między nimi a Afrodytą więź. Przeczytałam książkę w niecałe dwa dni, ponieważ gonił mnie termin recenzji, ale podejrzewam, że nie spędziłabym nad nią więcej czasu. Jest typowa opowiastka na rozluźnienie umysłu po ciężkim dniu (nie trzeba się specjalnie wysilać, bo postacie są proste i przejrzyste – może oprócz uroczego, moim zdaniem, Starka) albo po kłótni z chłopakiem (żeby upewnić się, że inni mają gorzej). Nie polecam tym, którzy szukają czegoś na wysokim poziomie. Tych, którzy rozpoczęli serię, zachęcam do kontynuowania czytania, bo możliwe, że autorki w końcu przerwą złą passę dramatów miłosnych Zoey i wprowadzą coś bardziej wampirycznego do akcji.

Niestety noty sędziowskie na dziś są dość niskie. Trzy na sześć, tyle otrzymuje książka. Życzę autorkom, żeby pięły się w górę, a nie spadały z zasadą, że kiedyś odbiją się od dna. I czekam na „Kuszoną”, aczkolwiek zdecydowanie nie z zapartym tchem.

Christie