Recenzja: Miasto Kości

„Jace natomiast wyglądał jak chłopak, który przychodzi do czyjegoś domu, żeby go spalić dla zabawy.”*

„Miasto Kości” to imponujące dzieło Cassandry Clare otwierające cykl Darów Anioła. Pierwsza część ukazała się kilka lat temu, lecz wciąż budzi żywe zainteresowanie i entuzjazm czytelników. Ja czytałam ją po raz drugi. Czy wywarła na mnie równie mocne wrażenie, co ostatnim razem? Jak wygląda świat stworzony przez autorkę oceniony krytycznym okiem, bo spoglądającym wtórnie? Czy rzeczywiście jest się czym zachwycać?

Zacznę od oceny narracji trzecio osobowej, ponieważ sądzę, że odgrywa ona kluczową rolę w tej powieści. Dzięki niej poznajemy każdego bohatera na równi, zostajemy wtajemniczeni w uczucia buzujące pod powierzchnią postaci. Szczegółowy obraz całości wyświetla się w wyobraźni jak na ogromny ekranie o wysokiej rozdzielczości i palecie barw, jakiej nie posiada żadna „plazmówka”. Plamki w oczach Jace’a urzekały mnie autentycznością, zdezorientowanie Clary wyrażały jej ruchy i gesty, sposób poruszania się Isabelle był godny baletnicy, a Hugo z pewnością wyglądał bardzo groźnie. Porównanie „Miasta Kości” do filmu byłoby barbarzyństwem, ponieważ żaden nie jest tak doskonały. Jest to po części zasługa mojej wybujałej wyobraźni, ale także pióra pani Clare i tego, jak czytelnik przywiązuje się do wszystkich ludzi tworzących fabułę tej pozycji.

Bohaterzy są wspaniali i widać, że każdy został uprzednio „skonstruowany” od podstaw, posiadający własną historię, a dopiero później wpleciony w akcję. Clarissa Fray jest zwykłą nastolatką, której problemem są kłótnie z matką o godzinę powrotu z imprezy w towarzystwie przyjaciela Simona. Ma ona również talent artystyczny. Co do rodziny, to nigdy nie poznała swojego ojca. Lecz pewnego dnia jej świat zostaje wywrócony do góry nogami i nikt nie kwapi się, żeby odwrócić go z powrotem na prawą stronę. Wtedy próg jej życia przekracza Jace Wayland, młodzieniec i zarazem Nocny Łowca o niezwykłym uroku osobistym, wspaniałym ciele i przystojnej twarzy. Dodajmy cięty język, sarkastyczne riposty, a otrzymamy chłopaka, w którym zakocha się każda nastolatka [i nie tylko]. Oczywiście ja też dałam się złapać na ten haczyk i z uwielbieniem spajałam ze stron każdą wzmiankę zawierającą słowo „Jace” czy też jego udział w dialogach. Niesamowite, jak można pokochać bohatera. Isabelle i Alec Lightwoodowie to rodzeństwo Nocnych Łowców, którzy wraz z Jacem mieszkają w Instytucie, nauczani przez Hodge’a. Cała trójka jest pogromcami demonów i innych mrocznych mocy. Do ekipy, chcąc nie chcąc, dołącza zwykła, niepozorna Clary. Z czym przyjdzie zmierzyć się młodym postaciom? Czy mogą liczyć na pomoc innych? Co zrodzi się wśród zagadek i tajemnic?

Akcja toczy się zastraszająco szybko, a jednocześnie jest opisana bardzo szczegółowo. Pięćset sześć stron zawiera opis zaledwie kilkunastu dni, więc każdy z osobna jest opisany bardzo dokładnie, a co najlepsze: nie nudzi. Wręcz przeciwnie, porywa jak prąd rzeki, wciąga w niebezpieczny wir słów. Dopiero wchodzimy z Clary do Pandemonium, idziemy za nią do składziku… poznajemy Nocnych Łowców. Odwiedzamy Instytut. Odkrywamy Wzrok. Lecimy. I najważniejsze wydarzenia, których nie zdradzę, rozgrywają się na końcu. Docieramy do ostatniej strony i z niedowierzaniem patrzymy na spis rozdziałów. Już? Tak szybko? O tym właśnie mówię. Jechaliście kiedyś na rollercoasterze? Ja w każdym razie nie. Lecz słyszałam relacje i śmiem twierdzić, że lektura „Miasta Kości” dostarczy więcej adrenaliny niż przejażdżka na tej nietypowej górskiej kolejce w Miasteczku Zabaw. Takie właśnie uczucia wywołują wydarzenia opisane przez Cassandrę.

Okładka, bądźmy szczerzy, nie zachwyca i nie zachęca do lektury. Definitywnie robi to fragment wypowiedzi Stephenie Meyer umieszczony na niej. Opisu na tylnej części oprawy praktycznie nie ma, są tylko tajemnicze zdania. Pozytywne wrażenie może wywrzeć duża ilość patronujących portali. Zresztą treść rekompensuje wygląd z nawiązką, uwierzcie. W innym wypadku pozostaje przeczytać i samemu sprawdzić…

Cóż więcej mogę powiedzieć? Chyba wyczerpałam temat. Mogę jedynie streścić całą książkę, co byłoby z mojej strony niewybaczalnym spojlerem. „Miasta Kości” nie da się opisać w kilkuset wyrazach, bo to niewykonalne i obraźliwym byłoby stwierdzenie, że w istocie to możliwe. Krzyżyk na drogę temu, kto podejmie się tego zadania i stwierdzi, że dobrze mu to wyszło. Jak do tej pory tylko Cassandra Clare ujęła ową historię idealnie. Mimo że czytałam tę pozycję po raz drugi, to nie dopatrzyłam się w niej defektu czy skazy. „Miasto Kości” jest jak dla mnie lekturą idealną gatunku paranormal romance, powalającą swą oryginalnością i niepowtarzalnością. Jedyna w swoim rodzaju i urzekająca, wciągnęła w swój świat miliony.

****Charlotte12 by bookcriticaster.blogspot.com dla PB

*cytat z „Miasta Kości”, str.231