Recenzja: Wieczna Noc

Kłopoty miłosne nie zawsze oznaczają kłótnie o niepozmywane talerze. A w niektórych przypadkach skrywane tajemnice, nie są jedynie przyczyną rozpadu związku. Mroczne tajemnice i zakazana, wieczna miłość – oto, co czeka was w „Wiecznej Nocy”.

Do kupna „Wiecznej Nocy” przymierzałam się parę razy, ale za każdym zniechęcała mnie cena. W końcu trafiłam na nią na wymianie na jednym z forów internetowych o tematyce książkowej. Mając w łapkach początek serii Claudii Gray cieszyłam się jak dziecko. Teraz nie jestem właściwie pewna, jaki był powód tej radości. Spodziewałam się czegoś oryginalnego – o wampirach, ale jednak innych niż dotąd. Zawiodłam się na całej linii. Dlaczego, zaraz uzasadnię.

Książkę otwiera krótki prolog. Pierwszy rozdział opiera się na ucieczce głównej bohaterki z zimnych murów Akademii, w objęcia jeszcze zimniejszego poranka. Spotyka tam chłopaka ze snów, którego uznaje za prześladowcę. Gdy okazuje się, że jest jednak nieszkodliwy i nosi imię Lucas, natychmiast popada w obsesję na jego punkcie.

Bianca Oliver przybywa do nowej szkoły, Akademii Wiecznej Nocy, ponieważ jej rodzice dostali tu posady jako nauczyciele. Chociaż nauka jeszcze się nie zaczęła, dziewczyna już czuje się stłamszona przez elitę rządzącą Wieczną Nocą. Dzieciaki są podłe, zimne i uważają się za nadludzi, których Bianca powinna traktować jak królów i królowe. Na szczęście trafia na jako-taką współlokatorkę, która okazuje się być dla niej całkiem wyrozumiała. Jedynym pocieszeniem w tym całym piekle jest poznany pierwszego dnia roku szkolnego Lucas Ross, który… zachowuje się, jakby nigdy wcześniej jej nie widział. Okazuje się, że jest to spowodowane niechęcią chłopaka do Kółeczka Wzajemnej Adoracji i przekonaniem, iż Bianca do niego dołączyła. Koniec końców sprawy się wyjaśniają, a para nastolatków z upływem czasu zbliża się do siebie.

I do tej pory było całkiem dobrze, choć odrobinę nudnawo.

Polubiłam Lucasa. Może właśnie dlatego zwrot akcji tak bardzo mi się nie spodobał.

Po pewnym incydencie z Biancą i Lucasem w roli głównej, oboje budzą się bogatsi o wyostrzone zmysły przypominające kaca giganta. Zmienia się także stosunek akademickiej elity do panny Oliver, zaczynają ją postrzegać niemal jak równą sobie, co niekoniecznie przypada do gustu samej zainteresowanej.

Powieść jest na pewno wielowątkowa. Autorka z powodzeniem rozwija akcję w takim stopniu, że nie można się przy książce nudzić, a jednocześnie nie ma opcji zagubienia się w treści. Ale wiadomo, że „nudna” nie oznacza „nużąca”. A nużąca właśnie owa historia była.

Jak wspomniałam, po „Zmierzchu” Meyer chciałam innych wampirów. Złych, z kłami i wysysających krew z ludzi. Ostatnie co robię przy ocenie książek to porównywanie do innych. Ale tutaj po prostu po oczach bije fakt, że „Wieczna Noc” niczym się na tle wampirzego szału nie wyróżnia.

Owszem, pani Gray całkiem ładnie po raz kolejny „ubrała” nam wampiry. Zadbała o szczegóły, takie jak dyskomfort w otoczeniu symboli religijnych czy niechęć do płynącej wody. Ale w obecnych czasach tyle nie wystarczy. Książka musi mieć jeszcze „to coś”, co przyciąga uwagę i powoduje, że nie można się od niej oderwać.

Od początku książki niezmiernie irytowała mnie główna bohaterka i jej niezdecydowanie. „Ucieknę, a może nie” albo „Moi rodzice są źli, a może nie.” I tak w koło Macieju. Naprawdę, zero charakteru. Nudna, ciamajdowata i bezbarwna. Niewarta zainteresowania.

Natomiast urzekający był pan Ross. Niekoniecznie jego wygląd, bo odbiega od mojego ideału faceta, ale cechy i osobowość  – cud, miód i orzeszki! Skryty, zabawny, porywczy i chętny do stawania w obronie osoby, którą kocha. Prawda, czasem się powtarzał w tym „Ochronię cię przed całym złem tego świata.”, ale zważywszy na zakończenie książki mogę mu to wybaczyć.

Reszta postaci – rodzice Bianki oraz inni uczniowie i nauczyciele „Wiecznej Nocy” stanowili tylko nijakie tło dla akcji. Żaden z nich nie zrobił na mnie większego wrażenia, niczym nie zachwycił i nie zapadł w pamięć.

Powiecie, że powinnam być zadowolona. Chciałam innych wampirów, to mam. Tylko że dochodzi tu jeszcze motyw zagubionej, nieskoordynowanej szesnastki i jej wewnętrznych rozterek, które powoli doprowadzają mnie do szału.

Warto dodać, że okładka również ma się daleko do ideału. Biancę opisano jako rudowłosą dziewczynę, nie za piękną, ale też niebrzydką. Na okładce zaproponowanej przez wydawnictwo Amber widnieje porcelanowa lalka o kruczoczarnych prostych włosach. Poza tym niepokojąco przywodzi na myśl „Czarną Dalię” Jamesa Ellroya.

I krótkie zakończenie. Książka mnie nie zachwyciła. Przeczytałam ją, bo nie lubię nie kończyć powieści. Mogłabym ocenić powieść jako taką na wieczór po ciężkim dniu, kiedy nie trzeba wiele myśleć, żeby przejrzeć bohaterów i zrozumieć ich postępowanie. Jeśli ktokolwiek szukałby jakiegoś głębszego morału, oprócz kolejnego „Miłość przetrwa wszystko” to zapewniam, że poszukiwania byłyby bezowocne. Mimo to może spodobać się fanom i namiętnym czytelnikom wampirycznych serii o niezbyt głębokiej fabule i prostych w obsłudze postaciach, ponieważ pod tym względem jest doskonale dopracowana.

Sięgnę po kolejne części nie dlatego, że książka mi się jakoś wyjątkowo spodobała, a z czystej ciekawości – co można tu jeszcze wymyślić. I to tylko wtedy, gdy same wpadną mi w ręce.

Z czystym sumieniem i lekkim zawodem oceniam tę książkę na cztery w sześciostopniowej skali. Mam nadzieję, że będzie lepiej, głównie z powodu mojego nagłego zapotrzebowania na dobre wampiryczne opowieści.

**** Christie