Wywiad: Carolyn Jess-Cooke

Carolyn Jess-Cooke – poetka, pisarka i wykładowca akademicki.

Urodziła się w 1978 roku w Belfaście w Północnej Irlandii, tuż obok domu, w którym przyszedł na świat autor Opowieści z Narnii C.S. Lewis.

Zaczęła pisać już jako dziecko. W wieku siedmiu lat tworzyła krótkie ilustrowane opowiadania, następnie serie powieści oraz… liczne prośby o publikacje do wydawców. Mając siedemnaście lat, zaczęła publikować pierwsze teksty, które pojawiały się w wielu magazynach, m.in. „Poetry London”, „Poetry Ireland Review”, „The Wolf.

Ukończyła studia kreatywnego pisania, a następnie obroniła doktorat poświęcony szekspirowskim adaptacjom filmowym. Mieszka w Gateshead z mężem i dziećmi. Pracuje jako starszy wykładowca kreatywnego pisania na Uniwersytecie Northumbrii (Newcastle upon Tyne).

Zainteresowania filmowe, znakomitą umiejętność tworzenia wizualnych obrazów oraz poetycką wrażliwość połączyła w debiutanckiej powieści – poruszającej historii kobiety, która po śmierci wraca na ziemię jako własny Anioł Stróż, aby już z innej perspektywy przeżyć i zobaczyć swoje życie.

Powieść Zawsze przy mnie stój (The Guardian Angel’s Journal) została przetłumaczona na 19 języków i jeszcze przed angielską premierą (14 kwietnia 2011) zapowiadana jest jako międzynarodowy bestseller. We Włoszech w pierwszym tygodniu po publikacji książki kupiło ją  40 tysięcy czytelników. Obecnie autorka pracuje nad drugą powieścią zatytułowaną The Angel behind the door.

***

Kiedy postanowiła pani zostać pisarką?

Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek podjęła całkowicie świadomie taką decyzję, powiedziałabym raczej, iż uznałam, że muszę pisać. Pamiętam, jak mając dziesięć lat, podczas ferii u dziadków, waliłam w ich staroświecką maszynę do pisania z silnym postanowieniem, że skończę nowelę, zanim będę musiała wrócić do szkoły. Dorastałam w niebezpiecznej dzielnicy Belfastu w okresie niepokojów w Irlandii Północnej, w rodzinie pełnej przemocy. W ten sposób radziłam sobie z otaczającą mnie rzeczywistością.

W jaki sposób zdecydowała pani o tym, co chciałaby pani pisać?

Myślę, że tę decyzję podjęłam w wyniku długiego procesu eksperymentowania z różnymi formami sztuki. Przez długi czas chciałam robić filmy. Mam na koncie pewną liczbę epizodów aktorskich, podczas studiów licencjackich wyreżyserowałam film krótkometrażowy i wciąż płodzę wiersze, które mają cechy filmowe. Do pisania książek również podchodzę jak do „kinowych” historii albo opowieści, które można zwizualizować – złożonych ze światła, ruchu i dźwięku. Czasami piszę muzykę będącą moją prywatną ścieżką dźwiękową określonej książki, aby osiągnąć odpowiedni nastrój, odbyć podróż, pozostać w stanie emocjonalnym i sferze doświadczeń, które chcę stworzyć dla czytelnika. Jednak wydaje mi się, że tworzenie określonego gatunku literatury jest etapem ciągłego rozwoju i pozostaje w związku z jakimś ważnym celem. Moim celem jest odkrycie, co to znaczy być człowiekiem i jak to się dzieje, że człowiek jest zdolny przezwyciężać potężne przeszkody.

Pomimo młodego wieku ma pani liczną rodzinę, łączy pani rolę matki z pisaniem. Jak się pani udaje ta sztuka?

Sztuka to właściwe słowo! Staram się być przede wszystkim matką, a wszystko inne jest na drugim miejscu. Ponieważ w kategorii „wszystko inne” mieści się bardzo wiele rzeczy, niespotykanie trudno jest mi pisać, zważywszy, że moje dzieci są jeszcze bardzo małe. Często odbywa się to kosztem mojego snu… Ale piszę od wielu lat i nawet zanim jeszcze urodziłam dzieci, wiele rzeczy mnie rozpraszało: robiłam licencjat, pracując w trzech miejscach, więc przyzwyczaiłam się do tego, że trudno mi jest znaleźć czas na pisanie. Na ogół piszę wtedy, kiedy dzieci już śpią, wskutek czego często okazuje się, że nie orientuję się w wieczornych programach telewizyjnych, o których rozmawiają znajomi… Ponadto wszędzie mam porozrzucane notatniki: w domu, w samochodzie, w torebce. Mam zwyczaj „pisania w myślach”, co powoduje, że wyłączam się w trakcie rozmowy, obmyślając akcję książki. To szczególnie irytuje ludzi, którzy próbują mi coś sprzedać przez telefon.

Czy może nam pani opowiedzieć o tym, jak doszło do opublikowania książki, począwszy od napisania debiutanckiej powieści, a skończywszy na znalezieniu agenta i wydawcy?

To się stało nieprawdopodobnie szybko. Po wielu, wielu latach prób, odrzucania moich tekstów i zastanawiania się, czy kiedykolwiek mi się to uda, ni stąd, ni zowąd podpisałam kontrakt na powieść, którą ledwo skończyłam pisać… Ale to właściwie samo życie, prawda? Mam wrażenie, że dopiero wczoraj opowiadałam mamie o moim pomyśle na powieść, a dziś już okazuje się, że książka zostanie opublikowana na całym świecie. Myślała, że sobie z niej żartuję.

Wszystko działo się w szczególnie intensywnym okresie mojego życia. Pewnego ranka obudziłam się z pomysłem na powieść o kobiecie, która zostaje swoim Aniołem Stróżem. Zawsze fascynowały mnie anioły, pobudzały moją ciekawość, wierzyłam w nie i zastanawiałam się, jak by to było, gdyby ktoś znalazł się w sytuacji, w której mógłby obserwować z boku swoje decyzje i czyny z perspektywy anioła: czy spróbowałby wszystko zmienić? Czy ja bym spróbowała?

Kiedy dowiedzieliśmy się, że mój przyrodni brat zginął w Afganistanie, kiedy przeżyliśmy szok po jego stracie, a zaraz potem media wdarły się w życie naszej rodziny, zmieniły się moje priorytety. Choć nie wiedziałam, czy moja powieść kiedykolwiek zostanie opublikowana, czy czas poświęcony na jej napisanie będzie tego wart, nagle poczułam, że muszę przelać na papier nurtujące mnie pomysły. W lipcu 2009 roku zabrałam pierwszy rozdział na spotkanie w Londynie zorganizowane przez stowarzyszenie New Writing North. Podczas imprezy grupa nagrodzonych pisarzy z północno-wschodniej Anglii została przedstawiona agentom, redaktorom i wydawcom. Od tamtego czasu pozostawałam w kontakcie z uroczą Madeleine Buston z agencji Darley Anderson. Przeczytała pierwszych pięćdziesiąt stron mojej powieści i poprosiła o resztę. Ale to było wszystko, co napisałam… W ciągu następnych dwóch tygodni skończyłam powieść, a Madeleine od razu podpisała ze mną umowę. Miesiąc później zawarłam już kontrakt na wydanie książki.

Jakie to uczucie, kiedy się ogląda w druku własny debiut powieściowy?

Debiut powieściowy to naprawdę wyjątkowe wydarzenie. Kiedy zobaczyło się własną książkę w druku po tym, jak przez tak długi czas się o tym marzyło, człowiek potrzebuje paru lat, aby się otrząsnąć. Nie żebym chciała nad tym przejść do porządku dziennego, doceniam wyjątkowość tego, co mnie spotkało.

Czy ma pani jakieś rady dla przyszłych pisarzy?

Chociaż już w dzieciństwie bawiłam się w pisanie, jako osoba dorosła wciąż odkładałam napisanie powieści, ponieważ sądziłam, że potrzeba na to wiele czasu i energii. Mogłam napisać wiersz czy opowiadanie w jedną noc, lecz powieść wydawała mi się przedsięwzięciem, które może zająć wiele lat i nie przynieść żadnego rezultatu. Ale sprawy potoczyły się tak, że mimo pracy na pełen etat i dwójki dzieci w wieku poniżej trzech lat w bardzo krótkim czasie udało mi się napisać powieść, która była dla mnie bardzo ważna. I rozkoszowałam się każdą minutą pracy nad nią.

Dlatego pierwsza rada, jaka mi się nasuwa, brzmi: nie żałować czasu na pisanie. Druga: skończyć, cokolwiek się zaczęło. Kiedy w 2008 roku pisałam swoją powieść-ćwiczenie, szybko zdałam sobie sprawę, że jej nie lubię, a jednak nie poddałam się, dopóki nie powstał pierwszy brudnopis, choćby po to, żeby udowodnić sobie, że potrafię osiągnąć założony cel. Jak wszyscy autorzy, powieściopisarze powinni zmierzyć się również z innymi gatunkami. Nie sądzę, abym była w stanie napisać tę powieść, gdybym wcześniej nie pisywała poezji i scenariuszy filmowych. Wszystkie te doświadczenia czerpią z siebie nawzajem.

Zawsze przy mnie stój to książka, w której dominuje pewien wątek przewodni. Jak to się stało, że porusza pani tak ważne problemy i dlaczego zdecydowała się pani pisać o nich w taki właśnie, a nie inny sposób?

Myślę, że wątek żalu wywodzi się silnie z moich doświadczeń z okresu, kiedy tworzyłam tę historię: po śmierci mojego przyrodniego brata, która z kolei obudziła wspomnienia śmierci babci i samobójstwa mojego ojca, zdałam sobie sprawę z prawdziwości starego porzekadła, że „życie jest krótkie”. Nie chciałam dojść do momentu, w którym oglądając się za siebie, wszystkiego bym żałowała. Poza tym czułam potrzebę zbadania, jak można przezwyciężyć żal i sprawić, aby ze złych decyzji wyniknęło jednak coś dobrego.

Ta historia jest mroczna i pełna smutku, szczególnie jej części poświęcone dzieciństwu Margot i Theo. Jak się pani udało stworzyć przeciwwagę światła i nadziei dla tej ciemności?

To było nieodłączną częścią problemu pokonywania traumy. Starałam się odkryć, czy ludzie, którzy mieli bardzo trudny start, na których decyzje rzutują ich wcześniejsze doświadczenia, mogą wszystko odwrócić i pokierować swoim życiem. Aby odmalować nadzieję, konieczne było ukazanie całej drogi, która z ciemności prowadzi w stronę światła.

Pani historia jest częściowo duchowa, częściowo ludzka. Jak się pani udało połączyć te dwa wymiary?

Nigdy nie zamierzałam pisać rzeczy uduchowionych, lecz kiedy patrzę wstecz na to, co pisałam dawno temu, jeszcze jako dziecko, stwierdzam, że wszystko to było przesycone jakąś ponadnaturalną wrażliwością. W rzeczywistości fascynuje mnie świat duchowy albo, szerzej, rzeczy, których nie możemy zobaczyć. Zadziwia mnie, że minęło zaledwie kilka pokoleń od czasów, gdy naukowcy sądzili, że istnieje tylko jedna galaktyka, a już wiadomo, że są ich miliardy… Dlatego fascynuje mnie zaglądanie za zasłonę naszej materialnej egzystencji i odkrywanie prawdy. Prawdą, która interesuje mnie najbardziej, jest istota człowieczeństwa. Mam wrażenie, że łatwiej jest się do niej zbliżyć, kiedy patrzy się przez odrobinę szwankujące okulary.

Proszę wymienić dziesięć książek lub osób, które wywarły największy wpływ na panią jako pisarkę. Mam na myśli pisarzy pani współczesnych, klasyków, powieściopisarzy, poetów, konkretne książki, które pani przeczytała, jak również napotkanych ludzi, którzy panią zainspirowali.

Zawsze wywierali na mnie wpływ poeci, w szczególności Sharon Olds, Sylvia Plath i Mary Oliver, których utwory mają przedziwną moc – jakby wychylały się z kartki papieru i budziły mnie z letargu. Na studiach licencjackich analizowałam utwory starożytnych Greków i Rzymian: Wergiliusza, Homera, Katullusa. To one sprawiły, że pokochałam pisanie. Jeśli chodzi o późniejszych twórców, inspirował mnie dowcip Marka Haddona i twórczość poety Luke’a Kennarda, a także Audrey Niffenegger, Jodi Picoult, Liz Jensen i Alice Sebold. Ze wszystkich kursów, które ukończyłam, oraz książek, które przeczytałam, najważniejsze w kształtowaniu mojego podejścia do pisania były Jak pisać Stephena Kinga i The Artist’s Way Julii Cameron. Czerpię również z dorobku muzyków i kompozytorów – tak różnych, jak Rachmaninow, The Killers, Ravel, Björk, Debussy, Karl Jenkins, Coldplay, Tori Amos, Philip Glass czy Michael Nyman.

________
materiały dostarczyło wyd. Otwarte