Recenzja: Wściekły Głód

„Wściekły głód” to pierwszy  wydany u nas tom serii „W Ciemności”.

Każda część to odrębna historia opowiadająca o innej parze, która musi zmagać się z przeciwnościami losu.  Tutaj poznajemy Lachlaina MacRieve i Emmaline Troy. Lachlaine – król klanu wilkołaków – przez ponad sto lat był więziony i torturowany w paryskich katakumbach, gdzie został zamknięty przez wampiry. Udaje mu się uciec tylko dzięki myśli o jego wybrance, która jest gdzieś tam, na powierzchni. Gdy udaje mu się ją w końcu odnaleźć okazuje się, że Emmaline jest pół-wampirem, pół-walkirią, co – jak się można domyślić – nie wprawia go w euforię.

Emmaline wychowywana przez ciotki walkirie wyruszyła w swoją pierwszą samotną podróż, żeby dowiedzieć się czegoś o swoich zmarłych rodzicach. Tak właśnie trafia do Paryża. O rodzicach niczego się nie dowiaduje, za to zostaje porwana przez wilkołaka, który zabiera ją do swojego zamku w Szkocji.

Na początku myślałam, że niczym mnie ta książka nie zaskoczy. Ot, kolejna historia – ona, on, wielka miłość i dużo przeszkód do pokonania w drodze do „żyli długo i szczęśliwie”. Poniekąd tak jest, ale na przykład bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły nawiązania do mitologii, co bardzo lubię w takich książkach. Muszę też przyznać, że naprawdę nieźle autorka poradziła sobie z kreacją postaci.

Nasi główni bohaterowie to totalne przeciwieństwa. A jak wiadomo przeciwieństwa się przyciągają.

Emmaline na początku wydaje się takim biednym, słabym dziewczęciem, co to trzeba  prowadzić za rączkę. Wychowana pod kloszem niewiele wie o prawdziwym życiu, jest nieśmiała i sprawia wrażenie bardzo nieporadnej osoby. Co jest zabawne, zważywszy na to, że jest połączeniem walkirii i wampira. Na szczęście na tym polu autorka zadziwiła mnie po raz kolejny, bo Emma w końcu pokaże pazurki, czy może raczej kły. Albo jedno i drugie. Bardzo się z tego ucieszyłam, gdyż już się bałam, że będzie ona kolejną słodką bohaterką, która przy pierwszej lepszej okazji wskoczy do łóżka facetowi, którego zna od jakichś pięciu minut.

Tymczasem Lachlaine – który do cierpliwych nie należy – będzie musiał bardzo się natrudzić, żeby przekonać do siebie swoją wybrankę. I podobnie jak Emma zmienia się z każdą stroną książki. Na początku sprawia wrażenie potwora, który bierze to, co – jak uważa – mu się należy (w tym wypadku Emmę). Obserwujemy jego wewnętrzną walkę, próbę pogodzenia się z tym, że przeznaczona mu kobieta należy do znienawidzonej przez niego rasy, a wreszcie pragnienie, aby zemścić się na tych, którzy skrzywdzili jego rodzinę a jego uwięzili.

W ogóle postać Lachlaina to chyba największa zaleta tej książki. Nie jest to jakiś tam zakochany idiota, który w momencie spotkania kobiety swojego życia zostawił mózg i osobowość za drzwiami. Co jest miłą odmianą, zważywszy, że w powieściach tego typu często się to zdarza.

Dzieła Kresley Cole ambitną lekturą nazwać nie można, ale z pewnością jest to książka warta przeczytania. Chociażby dlatego, że nie jest kolejną ociekającą lukrem powiastką. Udało jej się stworzyć naprawdę ciekawy świat, w którym spotykają się magiczne stworzenia wszelkiej maści. Poza wampirami i wilkołakami spotkamy walkirie, furie, zjawy, demony, wiedźmy i upiory, więc jak widać dość interesująca mieszanka. Najbardziej przypadły mi do gustu walkirie, nieustraszone wojowniczki żywiące się energią elektryczną i okazujące emocje za pomocą błyskawic. Wnoszą one trochę humoru w pełną napięcia fabułę.

Minusem jest powolna akcja na początku książki, gdzie autorka skupia się na relacjach i seksualnym napięciu między bohaterami i niewiele ponad to się dzieje.

Język jest prosty i lekki, dzięki czemu czyta się szybko i przyjemnie. Świetna lektura na wieczór, kiedy chcemy się zrelaksować i oderwać na chwilę od realnego świata. Myślę, że miłośnicy paranormal romance będą zadowoleni.

****Viconia by magiczna-czytelnia-viconii.blogspot.com dla PB