Recenzja: Król Mroku

„Tatuaże, namiętność i mroczne emocje”

„Król mroku” jest kolejną książką autorstwa Melissy Marr. Choć utwór ten jest uznawany za sequel do „Królowej lata”, jest on z nim powiązany jedynie symbolicznie. Taka forma opowieści bardzo przypadła mi do gustu. Czy tak samo zachwyciłam się mrocznym Irialem, szlachetnym  Niallem i zagubioną Leslie?

Keenan, Aislinn i Seth z poprzednich części tym razem  schodzą na drugi plan, przez co dają pole do popisu reszcie postaci. W tej części zgłębiamy mały świat Leslie, jej obawy i lęki. Co ukrywa dziewczyna? Czy decyzja o zrobieniu sobie tatuażu zmieni jej życie tak, jakby tego chciała? Nie była ona jednak świadoma niebezpieczeństwa, innej społeczności żyjącej w drugim wymiarze jej miasta… Przychodzi jej zmagać się z rzeczami, o których marzyła, a które zaczyna przeklinać. Trzeb uważać, czego sobie życzymy, bo nasze prośby mogą zostać spełnione. Do tego wszystkiego dochodzi miłość, której sama się boi, zapomnienie, którego pragnęła i odzew jej człowieczeństwa, który próbuje ignorować. Co wygra?

Uwielbiam Iriala, króla Mrocznego Dworu. Jest on dla mnie postacią charakterystyczną dla tej pozycji. Owszem, przesiąkł on złem, uczuciami spijanymi z innych, lecz nie stoi to na przeszkodzie żywienia lepszych emocji  wobec niektórych śmiertelników… Natomiast Niall trochę mnie zawiódł. Jak dla mnie był zbyt szlachetny, zbyt prawy. Niezdecydowany, sam szukający pomocy, a mimo to próbujący pomagać innym. Zupełnie irracjonalny. Nie, nie polubiłam go. Za to sądzę, że zaprzyjaźniłabym się z Leslie. Ze zwykłą śmiertelniczką, która jest skryta w sobie, przeżyła wiele złego, na co dzień boryka się z problemami i boi się o nich mówić – na poły z dumy, na poły ze strachu przed odrzuceniem. Bananach to bohaterka, o której nie da się zapomnieć. Kobieta-kruk stanowi ucieleśnienie bólu, cierpienia i łez, zapowiedzi wojny.

Kontynuacja „Królowej lata” skupia się na Mrocznym Dworze, dwa pozostałe stanowią jedynie tło. Według mnie działa to na plus, ponieważ dzięki takiemu obrotowi wydarzeń książka nabiera specyficznego klimatu, sprawiającego, że nie mogłam oderwać się od lektury. Nie chciałam opuszczać tego świata, choć tak zagmatwanego i pełnego cierpień oraz wszelkich negatywnych uczuć, wśród których zwykły uśmiech jawi się jako słońce w środku nocy – coś niemożliwego.

Brawa należą się także za okładkę. Idealnie oddaje ona istotę „Króla mroku”, a do tego jej faktura dopełnia całości. Błyszczące skrzydło, tatuaż między łopatkami, dziewczyna – Leslie, jak mniemam. Tutaj nie mam wątpliwości, że grafik odwalił kawał dobrej roboty.

Dzieło Melissy Marr stanowi przeciwieństwo jej powalającej „Królowej lata”. Od światła walczącego z zimnem i mrokiem uciekamy do  namiętności śmiertelniczki, mrocznych emocji i tatuaży, które nabierają nowego znaczenia. Nie raz każdy z nas odczuwał ból, cierpienie, smutek, żal… ale także i radość, szczęście, euforię oraz dumę. Czy oddalibyście zdolność odczuwania za zapomnienie i otępienie, wieczne zabawy, ukojenie, które moglibyście znaleźć jedynie w ramionach konkretnego człowieka? „Król mroku” sprawił, że zaczęłam doceniać nawet te negatywne emocje, a także szukać Iriala, który zawładnął moim sercem – przynajmniej do czasu, kiedy posiądzie je nowy bohater. Lektura ta podobała mi się jeszcze bardziej, niż jej poprzedniczka. Z przyjemnością sięgnę po trzecią część, spragniona magii wróżek i ich eterycznego świata. Gorąco polecam serię Melissy Marr tym, którzy nie boją się zanurzyć w świecie dojrzałych baśni wplątanych w codzienność, gdzie za każdym rogiem może czaić się wróż – pełen namiętności lub chęci unicestwienia wszystkiego, co wpadnie mu w ręce, a raczej szpony…

****Charlotte12 by bookcriticaster.blogspot.com dla PB