Fragment: Zatruty tron

Milczacy kot

Straż nie chciała ich przepuścić. Nawet gdy Lorcan, ojciec Wynter, pokazał dokumenty i wyjaśnił, że są oczekiwani na dworze, wartownicy odmówili otwarcia bramy, okazując szyderczą wyższość i wzgardę. W końcu jeden ze strażników poszedł gdzieś, „żeby się wywiedzieć”. Tymczasem drzwi wartowni zamknęły się z hukiem, a podróżni zostali przed bramą.

Zdezorientowani czekali pod ciężkimi drzwiami wartowni już całą kwartę cieni – dwie godziny na zegarze Północy – a w Wynter powoli wzbierał gniew.

Opłaceni przez Shirkena przewodnicy towarzyszący im w podróży z Północy dawno już zniknęli. Wynter nie miała do nich o to pretensji. Ich zadaniem było przecież bezpiecznie przeprowadzić ją i Lorcana z jednego królestwa do drugiego, do ich domu, i zadanie to wykonali. Nie miała im nic do zarzucenia. Przez całą długą drogę na południe traktowali ich grzecznie i z szacunkiem. Nie miała wątpliwości, że to porządni, uczciwi ludzie. Jednakże przewodnicy nie byli ich przyjaciółmi i nie poczuwali się do żadnej lojalności, poza zobowiązaniem wobec Shirkena, że wykonają zlecenie, za które im zapłacił.

Z pewnością obserwowali z góry, jak Wynter i jej ojciec zbliżali się do podnóża wzniesienia i przechodzili po grubych balach zwodzonego mostu. Na pewno zaczekali, aż podróżni znajdą się bezpiecznie pod osłoną łuku bramy i zaraz potem zawrócili w stronę ciemnego sosnowego lasu, udając się w drogę powrotną.

Koń Wynter, Ozkar, poruszał się niecierpliwie u jej boku. Czuł zapach rozgrzanej słońcem trawy i chłodnej wody w fosie. Był głodny i spragniony, nic dziwnego, że parskał i grzebał w ziemi kopytem. Pociągnęła za wodze, żeby go uspokoić, i dyskretnie przestąpiła z nogi na nogę. Sama też była zmęczona, obolała od siodła i po prostu wyczerpana podróżą. W ciągu piętnastu lat swojego życia poznała dworski protokół aż za dobrze, stała więc nieruchomo, pozornie niewzruszona, jakby niekończące się czekanie w upale nie robiło na niej żadnego wrażenia.

Ten wyćwiczony, obojętny wyraz twarzy niczego nie zdradzał, ale w rzeczywistości jej cierpliwość już się kończyła. Jedyne, o czym teraz marzyła, to pozbyć się ciężkich butów i boso pobiec na łąkę, rzucić się w wysoką trawę i patrzeć w niebo.

Po długim pobycie w zimnej szarości Północy skwar i przejrzyste światło domu działały upajająco. Chciała się nimi nacieszyć. Chciała zaprowadzić ojca gdzieś na słońce, żeby letni upał przepędził mróz z jego kości. Ojciec roztropnie został w siodle. Siedział na koniu tak spokojnie, że Wynter zerknęła, czy przypadkiem nie zasnął. Nie spał, bo zauważyła jego oczy, błyskające w cieniu ronda kapelusza. Nie rozglądał się, wzrok miał skupiony, jakby sięgał spojrzeniem w głąb siebie, i po prostu siedział, czekając, aż pozwolą mu wrócić do domu. Wydawał się teraz przykurczony ze zmęczenia, a jego dłonie oparte na łęku siodła drżały jeszcze bardziej niż zwykle.

Wynter z niepokojem spojrzała na trzęsące się palce ojca. To przypadłość starców, a nie trzydziestotrzyletnich rzemieślników, barczystych chłopów na schwał. Przestań się zamartwiać – nakazała sobie, odwracając wzrok i prostując plecy. – Musi się tylko porządnie wyspać i najeść, a zaraz będzie zdrów jak ryba.

Przesunęła kciukiem po opuszkach palców. Znajome blizny i pozbawione czucia odciski dodawały jej pewności siebie. Na tych dłoniach mogła polegać. Były dokładnie takie, jak dłonie ojca. Ręce na wagę złota, które zawsze zapewnią im utrzymanie. Odruchowo rzuciła okiem na pakunek z narzędziami ciesielskimi, przytroczony do siodła, i na drugi podobny przy siodle ojca. Wszystko było na swoim miejscu.

Niezauważalnie przestąpiła z nogi na nogę, szukając ulgi dla zmęczonych stóp, i po raz pierwszy w życiu żałowała, że zamiast kobiecego stroju nosi chłopięce portki i kaftan. O ileż łatwiej byłoby poruszać nogami ukrytymi pod spódnicą. Z westchnieniem pożałowała tej chwili radości, gdy z entuzjazmem zeskoczyła z konia. Zrobiła to w przekonaniu, że wrota natychmiast staną otworem, a za nimi ukaże się rozradowany orszak powitalny. Cóż za dziecinna lekkomyślność. To przez nią sterczała teraz pod bramą jak kołek. Duma oraz protokół nie pozwalały jej wsiąść z powrotem na konia, zmuszona była więc czekać, niczym podrzędny paź, aż wartownik wróci i pozwoli im wejść.

Pod murem, delikatnie stawiając łapy, przemknął rudy kot. Wynurzając się z cienia, zalśnił jak iskierka. Na jego widok, zapominając o opanowaniu i dworskiej etykiecie, odwróciła głowę i uśmiechnięta śledziła jego kroki. Kot przystanął z jedną łapą uniesioną do białej piersi i spojrzał na Wynter jakby urażony. Całą swą postawą komunikował: Nie wierzę własnym oczom! Ośmielasz się na mnie patrzeć?

Dobrze jej znana kocia pogarda wywołała jedynie uśmiech na jej twarzy. Zastanawiała się, ile pokoleń kocich braci i sióstr przyszło na świat w czasie jej pięcioletniej nieobecności. Przed wstąpieniem do terminu Wynter pełniła funkcję Królewskiej Opiekunki Kotów i wszystkich swoich podopiecznych znała po imieniu. Zastanawiała się, czyim prapraprakocięciem jest ten tutaj.

Skłoniła głowę i szepnęła: „Bądź pozdrowiony, pogromco myszy”, spodziewając się zwyczajowej odpowiedzi: „Bądź pozdrowiona i ty, która mnie dostrzegłaś”. Zamiast tego w zielonych ślepiach ujrzała osłupienie i dezorientację. Kot czym prędzej czmychnął, połyskując w słońcu jak płomień. Przemknął przez most i zniknął wśród kamieni na przeciwległym brzegu fosy.

Obserwowała tę ucieczkę zdumiona: A to dopiero – kot obdarzony tak fatalnymi manierami i taką drażliwością! O co tu może chodzić?

Nagle rozległ się szczęk drzwi wartowni. W cieniu rzucanym przez drewnianą bronę

Nie zaszczyciwszy ich nawet słowem, sierżant schował głowę i głośno zatrzasnął drzwi. Wynter zamarła, ale już po chwili do jej uszu dobiegł jękliwy dźwięk ciężkich łańcuchów pocieranych o kamień i nadzieja wróciła. Gdzieś za murami Mistrz Wrót kręcił olbrzymim kołowrotem, nawijającym łańcuchy na szpule.

Tak! – ucieszyła się. – Pozwolono nam wejść!

Powoli, powoli, światło słoneczne pożerało cienie pod bramą, a ciężkie wrota otwierały się coraz szerzej, ukazując oczom znużonych podróżnych wewnętrzne ogrody i posiadłości królewskie.

Mijając bramę, dostrzegli podskarbiego Herona, zmierzającego w ich stronę szeroką żwirową ścieżką w powiewnej służbowej szacie. Oficjalny strój sugerował, że dopiero co oderwał się od obowiązków. Potwierdzały to plamy atramentu, które Wynter dostrzegła na jego palcach. Pędził w ich stronę, a jego pomarszczoną, starczą twarz przepełniała radość. Wydawało się, że za chwilę uniesie się nad ziemię jak wielki przyjazny ptak, podleci do Lorcana i okryje go swymi opiekuńczymi skrzydłami wraz z koniem i całym dobytkiem.

– Lorcan! Lorcan! – wołał. Ta przyjacielska, nieoficjalna poufałość od razu rozwiała wszelkie trapiące Wynter obawy: Nie wszystko się tu jednak zmieniło – pomyślała z zadowoleniem.

Ojciec pochylił się w siodle i obdarzył starego przyjaciela serdecznym choć znurzonym uśmiechem. Podali sobie ręce. Wielka jak łopata dłoń ojca znalazła się w zwinnym, długopalcym uścisku Herona. Patrzyli na siebie w milczeniu, ich śmiejące się oczy nie potrzebowały słów.

– Heronie, przyjacielu – przemówił wreszcie Lorcan, a jego ciepły, lekko zachrypnięty głos sam w sobie wystarczyłby za uścisk.

Heron spojrzał na niego bystro, opuścił nieco głowę i uścis-nął mu rękę jeszcze mocniej.

– Kazano wam czekać – stwierdził, zerkając ukradkiem na wartowników. W wyrazie jego twarzy było coś, co sprawiło, że Wynter też na nich spojrzała, a to, co zobaczyła, przyprawiło ją o dziwne ukłucie w sercu. Żołnierze otwarcie przyglądali się ich spotkaniu. Wylegiwali się przy tym, bezczelnie zbijając bąki na służbie, i to w obecności samego podskarbiego. Przełknęła ślinę, czując, że zaschło jej w gardle, i znów obejrzała się na ojca i Herona, nadal wymieniających znaczące spojrzenia.

Nagle ojciec wyprostował się w siodle, demonstrując wszystkim swój imponujący wzrost i szerokość potężnych ramion. Jego twarz znieruchomiała, powieki nieco opadły, przysłaniając intensywną kocią zieleń oczu, a pełne, zwykle łagodnie uśmiechnięte wargi zacisnęły się w krzywym grymasie. Wynter nazywała to „maską” albo „peleryną”. Ten widok, choć imponujący, sprawiał jej przykrość, pomyślała więc zrezygnowana: Och, tato! Czy tutaj też musimy ciągnąć tę okropną grę? Nie mogła jednak powstrzymać ogarniającej ją dumy i uczucia dzikiej przyjemności, gdy obserwowała, jak ojciec obraca się w siodle i całą siłę swojego władczego spojrzenia koncentruje na rozleniwionych strażnikach.

Lorcan przez chwilę jeszcze milczał, a strażnicy patrzyli mu w oczy jak równemu sobie, wciąż nie dostrzegając groźnej przemiany, jaka zaszła w prostym rzemieślniku. Siedział w siodle po królewsku, niewzruszony i tylko przenosił spojrzenie z jednej twarzy na drugą, z rozmysłem wbijając wzrok w każdego po kolei, jakby chciał ich dobrze zapamiętać i dołączyć do listy przechowywanej w najciemniejszym zakamarku umysłu.

Jego długi cechowy warkocz zakołysał się na plecach. Lorcan nie ścinał go od siedemnastu lat, czyli odkąd został mianowany mistrzem w swoim fachu. Głęboki rudy odcień włosów, dopiero od niedawna poprzetykany pasmami siwizny, przywodził na myśl oskarżyciela, sędziego lub kata. Wynter spostrzegła, że na twarzach strażników zaczyna się malować niepewność, że ich plecy nagle prostują się i napinają. Choć Lorcan nie odezwał się jeszcze ani słowem, strażnicy – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – nagle przeobrazili się w jednostkę wojskową z prawdziwego zdarzenia, w wyprężonych na baczność żołnierzy.

– Przynieś mi stopień do zsiadania – rozkazał Lorcan, celowo zwracając się wprost do dowódcy. Sierżant Straży puścił się pędem przez trawnik i zniknął między zabudowaniami mniejszych stajni.

On nawet nie wie – zauważyła Wynter – kim jest mój ojciec, a już dwoi się i troi na jego rozkaz. Jakiś cieśla – który mógłby być synem pastucha z nizin, bękartem rybaka albo podobnym byle kim – kazał mu przynieść stopień i proszę. Od razu pobiegł. Spojrzała na ojca z nieskrywanym podziwem. Oto co mógł zdziałać siłą jednego spojrzenia!

Sierżant powrócił w mgnieniu oka, trzymając stopień w wyciągniętych rękach, niczym dumny ojciec prezentujący światu swego pierworodnego. Ostrożnie postawił stopień przy koniu Lorcana i z szacunkiem usunął się na bok. Jeździec wyjął stopy ze strzemion i zsiadł. Jeśli sprawiło mu to ból, nie dał tego po sobie poznać. Nawet Wynter, wyczulona na tym punkcie, niczego nie dostrzegła.

– Zabierz nasze konie do głównej stajni i zostaw je pod opieką głównego stajennego. Powiedz mu, że należą do Lorda Obrońcy Moorehawke i jego uczennicy. Przekaż, że później przyjdę sprawdzić, czy dobrze się nimi zajmują.

Nawet jeśli te wymamrotane niedbale rozkazy zadały cios dumie sierżanta, ten nic po sobie nie pokazał, nie mrugnął też nawet okiem, gdy usłyszał, jaki tytuł nosi ten skromny cieśla. Zamiast tego dziarsko zasalutował i bez dalszych ceregieli przejął wodze od Lorcana.

Wynter domyśliła się, że ojciec będzie musiał teraz pójść z Heronem. Coś najwyraźniej się szykowało.

– Idź za nimi – powiedział, wskazując ruchem głowy na konie. – Dopilnuj narzędzi. Zjedz coś i odpocznij – dodał, kładąc dłoń na jej ramieniu. Gorąco pragnęła, by i on zrobił to samo – położył się, odpoczął i najadł – ale oboje założyli już swoje „maski”. Zamiast więc okazać mu troskę – jak córka ojcu, skinęła głową jak uczennica posłuszna mistrzowi. Stała, patrząc, jak ojciec i Heron odchodzą żwirową ścieżką, zapewne ku królewskim komnatom i zawiłościom wielkiej polityki.

 


*    Krata, zamykająca wejście przez bramę w murze obronnym lub zamku, najczęściej wykonana z drewna i okuta żelazem [przyp. red.]. Więcej na pozmierzchu.pl/kiernan