Recenzja: Desiree, czyli czas próby

Desiree, czyli czas próby

Heidi Hassenmuller

 

Odpocznijmy na chwilę od świata fantasy, gdzie królują wampiry, wilkołaki, czy anioły. Zapomnijmy o zmyślonych bohaterach, nieprawdziwych historiach, miłościach, które nigdy się nie wydarzyły. Odbądźmy spotkanie z niesamowitą kobietą, kobietą, która nigdy się nie poddaje.

Książka „Desiree, czyli czas próby” powstała spod pióra holenderskiej pisarki urodzonej w Niemczech. W Polsce została wydana przez wydawnictwo Ossolineum 25 maja 2007 r.

Powieść jest opisem prawdziwej historii, która spotkała młodą holenderkę – Desiree – opowiadaną przez samą bohaterkę. Desiree jest młodziutką tancerką baletu, bardzo żywiołową dziewczynką. Kontuzja kolana sprawia, że musi jednak zrezygnować z tańca. Nie przejmuje się tym, twierdząc, że wiele innych rzeczy można jeszcze robić. Nadal nie potrafi usiedzieć na miejscu, nawet idąc chodnikiem, potrafi się bawić. Podczas jednej z takich zabaw spotyka kilku starszych od niej chłopaków. Tak zaczyna się rodzić przyjaźń i pierwsza miłość nastolatki.

Mija czas, a miłość, i sama Desiree, rozkwita. Nie jest jednak pisane jej kolorowe życie, usłane różami. Bohaterka doświadcza dramatu, popada w depresję. Z czasem, wszystko staje się łatwiejsze, lecz nic nie jest tak, jak dawniej. Los przewidział dla niej scenariusz inny, niż dla wszystkich.

Czytając książkę ma się wrażenie nierealności. Niemożliwe, że tak wiele złego spotkało jedną osobę. Niestety, historia ta wydarzyła się naprawdę, co mnie przeraża. Przez większość powieści w moich oczach były łzy, a w gardle wielka gula, aż w końcu wybuchłam płaczem, niepokojąc domowników. Kiedy myślimy, że spotkało ją już dostateczne zło, spada na nią kolejny cios. Podnosi się. Niespodziewanie, los znów ją doświadcza.

Bohaterka jest niezłomna. Nie poddaje się, chociaż życie daje jej popalić. Pomimo tego, że społeczeństwo i własna rodzina uznają ją za szaloną, ta nie odwraca się od świata. Dostaje to, na co nie zasłużyła, jednak nie ponosi klęski. Ciąży nad nią fatum, rodem z mitologii. Od początku czuje, że wydarzy się coś niedobrego. Wszystko sprawdza się ze straszną dokładnością.

Każde doświadczenie umacnia ją, dzięki nim jest silniejsza, hartuje jej ducha.

Po przeczytaniu tej pozycji stwierdzam, że życie jest niesprawiedliwe, a zarazem jestem szczęśliwa, że sama mam niewielkie problemy, które w porównaniu z kłopotami Desiree są niczym.

Mimo tego, że  jest to bardzo smutna książka, w pewien sposób jest też optymistyczna. Nie da się tego wytłumaczyć, trzeba ją po prostu przeczytać.

Natknęłam się na nią zupełnie przypadkowo i sięgnęłam po nią bardziej z ciekawości, niż z powodu uwielbienia dla tego typu literatury. Nie żałuję. Przeczytanie jej jest jedną z najlepszych rzeczy, jaką mogłam zrobić w życiu. Nic już nie będzie dla mnie takie, jak wcześniej. Chociaż minęło już trochę czasu, odkąd książka wylądowała na półce, nie potrafię o niej zapomnieć. Budzi we mnie skrajne uczucia. Od wielkiej radości, po czarną rozpacz. Nawet teraz, pisząc recenzję, moją skórę pokrywa gęsia skórka i targają mną emocję.

„Desiree, czyli czas próby” jest powieścią dla każdego. Dla szczęśliwie zakochanych, dla tych, którzy miłości nie potrafią odnaleźć, dla tych, którzy wciąż narzekają na swój los, dla tych, którzy nie potrafią cieszyć się codziennością i tym, że pozwolono im istnieć.

Ocena: szczera 5