Recenzja: Wołanie z mroku

Wołanie z Mroku

Marjorie M. Liu

 

W styczniu, nakładem wydawnictwa Amber, na półkach księgarń ukazał się drugi tom przygód Maxine Kiss, zatytułowany „Wołanie z mroku”.

Przybliżmy może najpierw ogólny zarys fabuły tym, którzy nie czytali jeszcze części poprzedniej. Główną bohaterkę poznajemy, gdy świadoma jest już swego dziedzictwa i ma spore doświadczenie. Jest to tropicielka demonów, ostatnia ze swego rodu. Od wieków kobiety z jej rodziny podejmowały się zwalczania nadprzyrodzonych istot, chroniąc nieświadomych niczego ludzi. Jej ciało zdobią dziedziczne tatuaże, które po zapadnięciu mroku odrywają się od ciała, przybierając postać pięciu małych stworzeń – pomocników Maxine. Na co dzień tropicielka zajmuje się pomocą w przytułku dla bezdomnych, który prowadzi Grant, od czasu do czasu wypędzając demony z ludzkich ciał – zombie. Pomimo tego, że kobiety z jej rodu nie przywiązywały się zbyt emocjonalnie do mężczyzn, Maxine łamie tą zasadę i bez reszty zakochuje się w śmiertelniku.

Wraz z rozwojem historii bohaterka poznaje tajemnice dotyczące jej dziedzictwa oraz rodziny. Dowiaduje się też, że świat nie jest już bezpieczny i nie wystarczy chronić go przed zombie, gdyż najstraszniejsze istoty nie z tego świata zaczynają przenikać do świata ludzi.

Druga część poświęcona jest Grantowi – ukochanemu tropicielki. Jako były ksiądz, zostaje wezwany do Szanghaju pod pozorem pomocy swemu dawnemu przyjacielowi, a jednocześnie człowiekowi, który zniszczył w nim powołanie. Maxine od początku wykrywa spisek i tym razem również się nie myli.

Książki streszczać nie będę, sami musicie dowiedzieć się, co dzieje się dalej. Powiem tylko tyle, że Grant okazuje się nie być zwykłym śmiertelnikiem, podobnie jak pewien chłopiec, którym zaopiekowała się Kiss.

Chcąc być sprawiedliwą muszę przyznać, iż początkowo ciężko było mi przebrnąć przez część pierwszą. Nie było to spowodowane nieciekawą fabułą, czy banalnymi bohaterami, bynajmniej. Fabuła jest niesamowicie wciągająca, a bohaterowie dobrze nakreśleni, oryginalni. To, co było przyczyną moich trudów jest ciężki język. Nie jest to powieść, jaką spotkać można na setkach księgarnianych półek dotyczących paranormal romance. Ne spotkamy się tam z czułymi, tkliwymi słówkami, nie ma tam młodzieńczej miłości, która robi się już przereklamowana. Miłość pomiędzy Maxine a Grantem jest uczuciem dojrzałym, świadomym, nawet, jeśli bohaterka wie, że szczęśliwa miłość bez przeszkód nie jest im pisana. Historia nie kręci się jednak wokół wątku romantycznego, ale w dużej mierze dotyczy walki z siłami nadprzyrodzonymi.

Jak już wspomniałam, bohaterowie są bardzo wyraziści. Najbardziej urzekli mnie mali pomocnicy tropicielki – Zee, Raw, Aaz, Dek i Mal. Pomimo tego, że są to pewnego rodzaju śmiercionośne demony, które jednym ruchem mogą zabić, a na kolację jadają metal, zachowują się jak małe dzieci. Uwielbiają pieszczoty i ssą kciuki. Ich zachowanie jest doprawdy urocze. Całym swym demonicznym serduszkiem oddane są Maxine, która nie traktuje ich jak niewolników, ale jak swoje rodzeństwo.

Cała historia jest intrygująca. Nie znajdzie ona jednak aprobaty u tych, którzy zachwyceni są „Zmierzchem” i na tym poprzestają, woląc bohaterów ułożonych, czasem nieśmiałych, którzy nie obcują wciąż z niebezpieczeństwem. Wraz z każdą następną stroną powieść wciąga, nie pozwala zapomnieć, nawet jeślibyśmy odłożyli ją na jakiś czas.

Poza tym, okładka książki jest bardzo dobra, w dużej mierze oddaje charakter fabuły.

Pomimo tego, że za arcydzieło bym jej nie uznała, książkę polecam i zachęcam do zamieszkania, choć przez chwilę, w świecie Maxine Kiss.

Końcowa ocena: 3+