Recenzja: Czerwona Piramida

Macie dość wampirów, wilkołaków, duchów?

Tajemniczy świat, gdzie nic nie jest tym, na co wygląda.

 

23 lutego w księgarniach ukazał się pierwszy tom „Kronik Rodu Kane” zatytułowany „Czerwona Piramida”.

Autor bestsellerowej serii „Piercy Jackson i bogowie olimpijscy”, Rick Riordan, znów sięga po mitologię, tym razem inspirację czerpiąc nie z Grecji a z Egiptu.

Książka opowiada historię dwójki dzieci, rodzeństwa, które od śmierci matki wychowują się osobno. Czternastoletni Carter podróżuje po świecie z ojcem, egiptologiem Juliusem Kane’em, a dwunastoletnia Sadie mieszka z dziadkami w Londynie. Pewnego dnia, podczas odwiedzin u córki, doktor Kane zabiera ich na małą, prywatną wycieczkę po Muzeum Brytyjskim. Od tego momentu życie dwójki młodych ludzi ulega gwałtownym zmianom. Julius niszczy bezcenny kamień z Rosetty, przy okazji uwalniając piątkę egipskich bogów z ich dotychczasowego więzienia. Najgorszy z nich – Set – pragnie zapanowac nad całym światem. Młodzi ludzie, wraz z przyjacielską boginią – Bastet – ruszają za nim w pościg, wiedząc, że cena za ocalenie świata może być wysoka.

Sięgając po raz pierwszy po tę pozycję, można zniechęcić się bardzo młodym wiekiem głównych bohaterów. Osobiście, nie lubię, gdy dzieci mają odgrywać zbawców świata. Już po chwili jednak, początkowa niechęć przechodzi, gdyż Riordan wykreował ich na ludzi dojrzalszych, niż sugerowałby wiek. Autor nadał im cechy, jakich nie powstydziłby się żaden dorosły, pozytywny bohater – odwagę, honor, a przede wszystkim lojalność.

Z ogromną przyjemnością zagłębiałam się w coraz bardziej zaskakujące losy dzieci. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że historia nie jest przewidywalna, a wyobraźnia autora zdaje się nie mieć granic. Początkowo, niemal obcy sobie ludzie, staja się dla siebie najważniejszymi osobami, gotowymi oddać życie za to drugie.

Zabawna, z ciętym językiem i nietuzinkowym podejściem do życia Sadie i gapowaty, skromny i nieco sztywny Carter nadają książce humoru. Z uśmiechem na ustach przechodzi się ich rodzinne sprzeczki, odkrywa się ich poglądy na życie.

Nie można zapomnieć o, co prawda epizodycznym i nierozwiniętym (moja dusza wiecznej romantyczki ma nadzieję, że w następnych tomach się to zmieni) wątku miłosnym między Carterem a Ziyą oraz miedzy Sadie a Anubisem, choć miłość w ich wieku to może zbyt duże słowo. Z niecierpliwością oczekiwałam, jak potoczą się ich dalsze losy.

Krokodyl w basenie, ibisy piszące na komputerach, pawian grający w koszykówkę (sami musicie się przekonać, co mam na myśli) – to i wiele więcej daje niesamowity, bajkowy efekt, który można tylko podziwiać.

Bardzo dużym plusem jest forma powieści. Nie jest to typowa proza, odtwarzanie wydarzeń, ale relacjonowanie historii, zawarte na taśmie magnetofonowej (nie dosłownie, oczywiście). Co chwilę osoba opowiadająca się zmienia, można więc poznać fakty z dwóch punktów widzenia, które różnią się między sobą. Urozmaiceniem są też rysunki hieroglifów, dających nam lepsze wyobrażenie zaklęć, rzucanych przez młodych.

A wady? Szczerze powiedziawszy, nie zauważyłam żadnych. Być może nie szukałam ich, a może po prostu ich nie ma. Sami musicie się przekonać. Polecam. Naprawdę warto.

Końcowa ocena: 4+

by Verrikaa