Recenzja: Kitty i Nocna godzina

„Jest Kitty, jest impreza”

Utwór Carrie Vaughn pod tytułem „Nocna godzina” to pierwsza część na razie trzytomowej serii. Ta książka jest jak ziarnko piasku na pustyni gatunku paranormal romance. Pozostaje pytanie, czy jest to oszlifowane ziarno, jakich pełno, szary prymitywny pył czy ciążący i niedający o sobie zapomnieć kamień? Jak w moich oczach maluje się ta pozycja?

Denver w stanie Kolorado, XXI wiek, Kitty Norville, didżejka-wilkołaczka pracująca w Pokrętle. Chmary wampirów, likantropów, czarownic wydzwaniających do dziewczyny podczas jej nocnej audycji ze swoimi problemami. Załamany wilk-człowiek? Nie ma sprawy. Kobieta, która odkryła paranormalną tajemnicę męża? Kitty zawsze odpowie. Płatny zabójca na antenie, wynajęty specjalnie dla niej? Ups, zaczyna się robić gorąco… A to jeszcze nie wszystko. Z iloma zagrożeniami przyjdzie się zmierzyć młodej bohaterce? Czy będzie mogła polegać na swojej watasze, która jest przeciwna nocnej audycji, źródłu kłopotów?

Świat stworzony przez panią Vaughn oczywiście różni się od reszty książkowych planet. Rządzi się on innymi prawami, ma swoje racje, a likantropy i wampiry mają odrębne „właściwości”. Kitty nie chciała zostać wilkołakiem, nie prosiła się o to, jednak wokół niej wiele jest takich, którzy uważają to za fajną sprawę. Dodatkowo, poddając się przemianie Norville, chcąc nie chcąc, wstąpiła do watahy. Jej panem, samcem alfa, był Carl, jego samicą alfa – Meg. T.J., samiec beta, został przyjacielem „nowej”. Niestety, nie może on ochronić jej przed wszystkim, chociażby przed szefem lokalnej arystokracji wampirów, której nie na rękę idzie audycja prowadzona przez Kitty. Według Arturo, guru nieśmiertelnych, wyjawia ona zbyt wiele o ich świecie. I tu zaczynają się kłopoty. Dziewczyna za nic nie zrezygnuje z audycji, z jedynej rzeczy, która się jej w życiu udała. W sprawę wmiesza się Cormac, zabójca na telefon, samotny wilkołak grasujący na ich terenie i… Wzrastający gniew i duma głównej bohaterki, która popchnie ją do zawalczenia o pozycję w stadzie. Jak skończy się całe to zamieszanie? Kto obejdzie się smakiem, kto pójdzie wylizywać rany, a kto polegnie na polu walki?

Kitty Norville wywarła na mnie wrażenie sympatycznej, młodej dziewczyny o marzeniach, które nie mogą zostać spełnione ze względu na wybór, którego za nią dokonano. Ukrywa ona swój przeklęty dar przed rodziną i bliskimi ludźmi. Wiedzą o tym jedynie przynależący do watahy. Jedna rzecz bardzo mnie w niej zdenerwowała, mianowicie uległość, potulność i dosłowne płaszczenie się przed kimkolwiek, kto się na nią rozgniewał. Na szczęście, gdzieś w połowie książki przez Kitty przemówił duch walki, czym zrehabilitowała się w moich oczach. Tytułowa bohaterka to nie potwór bez uczuć, a jedynie osoba, która troszczy się o innych. Nie mogąc znaleźć swojego miejsca, cierpi w duchu z nie swojej winy. Podczas audycji staje się pewna siebie, zawsze wie, co powiedzieć. Mimo to we własnym życiu nie idzie jej tak dobrze, jak by się mogło wydawać. Ludzie słuchający jej programu nie znają jej, więc pozwala sobie na anonimowość i przemienia się w zupełnie inną osobę. Jak już wspomniałam, osoba ta po jakimś czasie bierze górę i ujawnia się. Wtedy zaczynają się problemy z watahą, z przyjaciółmi i ze światem mediów.

Carrie skupiła się na przedstawieniu nam Kitty Norville, innych opisała powierzchownie. O wyglądzie wiemy nie za dużo, nie za mało. Charaktery nie są zbyt rozwinięte, acz każdy z nich jest wyjątkowy. T.J. – oddany, zaufany przyjaciel, wielki wilk. Ozzy, Matt? Ekipa z Pokrętła. Cormac, ten tutaj to skomplikowany przypadek. Hardin, wzbudziła ona we mnie sprzeczne uczucia, choć podsumowując uznaję ją za prawą obywatelkę Stanów Zjednoczonych. Carl to zwykły idiota, jaki istnieć nie powinien. Nigdy nie wybaczę mu tego, co zrobił. Nie dość, że tchórz, to na dodatek manipulujący ludźmi i mający w pogardzie dobre jednostki. Meg nie jest lepsza, a wraz z niedołężnym Jamesem tworzyliby piękną parę. Zbierając to w jedno zdanie, nareszcie byli tu bohaterzy, na których mogłam się wkurzyć, którzy mieliby naprawdę złe cechy, które od początku wzbudzają odrazę i złe przeczucia. Byli też ci znośni i jeszcze grupa wspaniałych. Narzekać nie mogę.

„Nocna godzina” naprawdę nie pozwala się nudzić i gwarantuję, że spędzicie przy niej dobry czas. Rozrywka na wieczór gwarantowana. O dziwo, nie było tutaj wątku miłosnego (bardzo rozbudowanego), a pozycja dalej się mi podoba. Niemniej, w moich oczach brak romansu działa na nieznaczny, ale jednak, minus. Wierzę, że to się zmieni w drugiej części. Okładka nie zachwyca, jest przeciętna. Amber raz zaskakuje piękną grafiką, a innym razem nie wywołuje absolutnie żadnych odczuć estetycznych. Plusów książki jest masa, a więc uprzedzę was o mniej przyjemnych rzeczach. Nie zrażajcie się początkową głupotą Kitty, jeśli chodzi o sprawy watahy, nie przejmujcie się nużącym intro. To wszystko nabierze tempa. Pozostaje mi powiedzieć, że jak dla mnie książka ta jest przeciętnym ziarnkiem piasku na pustyni, choć akurat to jedno szczególnie dało się mi we znaki. Zupełnie, jakby było rozgrzane i wbiło się mi w stopę. Namawiam do sprawdzenia, co z wami zrobi ta malutka część piaskowego morza, a sama opuszczam stanowisko przy klawiaturze, aby dobrać się do kolejnej części.

****Charlotte12 by bookcriticaster.blogspot.com dla PB