Recenzja: Opętany Demon

„Opętany Demon” to trzecia i zarazem ostatnia część trylogii o Megan Chase i jej demonicznym kochanku Greysonie Dante. Wydana w roku 2010, premierę w Polsce miała 10 lutego 2011.

Znając wcześniejsze perypetie Megan wiemy, że objęła opiekę nad grupą osobistych demonów, tym samym stając się Gretneg swojego Yezer (czyli jakby odpowiednikiem prezesa, a nawet bardziej właściciela). Greyson, przejmując władzę nad klanem demonów ognia, stał się jednym z najpotężniejszych przedstawicieli swojej rasy, a tym samym zdawał się być kimś niezwykle wpływowym. Kiedy więc do doktor Chase zgłasza się agentka FBI, która w dosyć znaczący sposób daje do zrozumienia, że chciałaby współpracować z Megan w odkryciu, czym zajmuje się Dante, Megan zaczyna być niespokojna. Domyśla się, że nie wszystkie poczynania jej kochanka są legalne i ma świadomość, po jak cienkim lodzie stąpa – ona, osoba publiczna.

Wkrótce w hotelu Bellreive odbywa się spotkanie wszystkich Gretneg i wtedy dochodzi do niespodziewanego ataku – nie tylko ze strony Gretneg, którzy namawiają Megan na przejście rytuału Haiken Kra (czyli pozbycia się ludzkiej części swojej osoby na rzecz demonicznej), ale także ze strony nieznanego oprawcy, który najwyraźniej miał zamiar zamordować Megan, lecz kobiecie udało się go pokonać, niestety jak się okazało, tylko chwilowo. Wówczas staje się oczywiste, że ktoś chce się jej pozbyć i wiele poszlak wskazuje na niejakiego wielebnego Walthera, który obiecuje ludziom, że wypędzi demony, które ich opętały. A kiedy wychodzi na jaw, że w kontakcie z księdzem jest agentka FBI, która Megan widziała tuż przed atakiem tajemniczego oprawcy, powoli nabiera podejrzeń co do egzorcysty. Dlatego też, kiedy wraz z demonicznymi braćmi, swoim kochankiem, oraz przyjaciółką czarownicą wybierają się na sesję księdza, nie są przygotowani na to, co zobaczą i na to, z kim dane im będzie się spotkać. A prawda okazuje się niezwykle zaskakująca.

I tu zaczyna się właściwa cześć powieści, w której doktor Chase nie tylko musi się zmierzyć z wrogiem czyhającym na jej życie, ale także z własnymi uczuciami, wątpliwościami i kłamstwami Greysona. Finał może okazać się dramatyczny, a rozwiązanie zagadki – nieprzewidywalne.

Nie ukrywam, że po przeczytaniu tej części byłam trochę zawiedziona. Może dlatego, że tak szybko się skończyło. Na razie nie wiadomo, czy będzie jeszcze kontynuacja. A może dlatego, że poczynania Megan i jej wątpliwości co do Greysona, i jego uczuć naprawdę mną poruszyły. Kiedy dochodzi do kryzysu w ich związku, czułam się zrozpaczona obrotem spraw.

Język powieści jest prosty, utrzymany na poziomie poprzednich części. Niestety czasem trzeba naprawdę się wczuć i z uwagą obserwować poczynania bohaterów, nie wszystko zawsze jest jasne i jednoznaczne. Podobnie z dialogami – niedopowiedzenia ciążą, występują zawoalowane sugestie, długie dialogi, po których jedynie możemy się domyślać emocji bohaterów.

Stacia Kane zręcznie wplata w historię wątek kryminalny z polityką i erotyką w tle. Mamy okazję na nowo być świadkami kilku gorących chwil między głównymi bohaterami, co potwierdza teorię, że Kane jest dobra w tym co robi – w pisaniu romansów.

Z bólem po raz kolejny nie pochwalę okładki. Choć książkę wydano elegancko i schludnie, wizytówka lektury – właśnie okładka – jest po prostu zupełnie nietrafiona, jak i okładki poprzednich części. Tym razem zamiast czerwonego bądź żółtego kwiatka – mamy fioletowy. Zero związku z fabułą powieści, niestety. I to na pewno też odbiera atrakcyjności książki zważywszy, jak wiele zależy od walorów estetycznych.

Osobiście uważam, że książki z serii „Osobiste Demony” są interesujące i połączone razem stanowią ciekawą historię na zimowe popołudnie. Nutka tajemnicy, odrobina kryminału, humor i przede wszystkim wielkie emocje – oto silne strony dzieła Stacii Kane. Dlatego uważam, że warto sięgnąć po tę trylogię, pod warunkiem, że poszukujemy lektury lekkiej i niezobowiązującej.

 

**** Tirindeth by mybooksbytirindeth dla PB