Recenzja: Ukochany Nieśmiertelny Cate Tiernan

Ukochany Nieśmiertelny

Cate Tiernan

Kiedy przeczytałam pierwsze zdanie z zapowiedzi tej książki, a mianowicie Nieśmiertelna nastolatka poszukująca sensu śmiertelnego życia i wiecznej miłości” wiedziałam, że na pewno jej nie kupię. Nie czytałam nawet dalszego ciągu opisu. To zdanie zawierało wszystkie słowa, które w zupełności wystarczyły, aby moja wyobraźnia zinterpretowała je następująco: nieśmiertelna czyli wampirzyca; nastolatka – kolejna szesnastolatka; poszukująca śmiertelnego życia– pewnie świeżo przemieniona wbrew swojej woli; i wiecznej miłości – no tak zakochana w śmiertelniku

Banał. Przynajmniej, jeżeli weźmiemy pod lupę większość z pojawiających się ostatnio na rynku książek dla młodzieży. Brakowało mi jeszcze tylko jakiejś szkoły, a raczej akademii, usytuowanej w starym gmaszysku itd. Mój portfel na taki wydatek powiedział zdecydowane: NIE.

Zapytacie jak to się stało, że jednak przeczytałam tę pozycję. Moja siostra zadbała o to, aby Mikołaj dostarczył mi ją w prezencie, a nasza służba zdrowia o to abym zmusiła się do rozpoczęcia lektury. I nie żałuję.

Sprostuje na wstępie, że nieśmiertelna to wcale nie wampirzyca. Nastasya – bo takiego imienia obecnie używa nasza bohaterka – wygląda jak typowa nastolatka, a ma naprawdę jakieś 450 lat. Urodziła się już jako nieśmiertelna i jej przyjaciele, z którymi obecnie się zadaje także odznaczają się tą wyjątkową cechą. Imprezy, papierosy, narkotyki, alkohol to dla nich chleb powszedni. Nie grozi im przecież rak płuc, miażdżyca czy jakaś inna nieuleczalna choroba. Nastasya nie odstaje od swoich znajomych. Z pewnością nikt nie nazwałby jej miłą i sympatyczną dziewczyną, a już na pewno nie osobą, z której można by czerpać jakieś wzorce do naśladowania. Oczywiście pozytywne wzorce. Ale jak to często bywa w takich historiach, pewne wydarzenie wszystko zmienia w życiu naszej bohaterki i prowadzi do tego, że zaczyna szukać sensu własnego istnienia. A nie jest to łatwe zadanie. Każdy z nas pewnie nie raz się nad tym zastanawiał i nie znalazł odpowiedzi, a co dopiero ma począć ktoś, kto ma przed sobą nie kilkadziesiąt lat życia, ale kilkaset? Musi poszukać pomocy. Szczęśliwe się składa, że Nastasya zna osobę, która takiej pomocy może jej udzielić. I tutaj zaczyna się tak naprawdę cała opowieść.

Nie zdradzę więcej. No może jeszcze dodam tylko, że będzie coś na wzór szkoły, więc moje pierwsze odczucie nie było mylne, ale daleko jej do szkół, o których mogliśmy do tej pory przeczytać w Naznaczonej, Wampach, czy Dziewczynach z Hex Hall.

Ale do sedna. Dlaczego nie żałuję, że przeczytałam tę książkę? Skłamałabym, gdybym powiedziała, ze dałam radę ją przeczytać w jeden wieczór. Nie. Lektura 320 stron zajęła mi trochę więcej czasu, chociaż książkę czyta się szybko. Jest napisana łatwym językiem, młodzieżowym, bez ozdobników i niepotrzebnych dodatków. Przemyślenia  Nastasyi, która jest narratorem książki, opisy jej odczuć, zachowań w niektórych momentach doprowadzały mnie do wybuchów śmiechu. Fabuła jest przejrzysta i mimo, że bardzo często mamy do czynienia z retrospekcją to tekst jest tak przekazany, że od razu w głowie tworzą się gotowe obrazy. Nigdy nie miałam odczucia, ze czegoś nie rozumiem, czy coś mi umknęło. Za to duży plus dla autorki, która umiała doskonale połączyć czasy współczesne z przeszłością i to w przypadku naszych bohaterów dość odległą przeszłością. Nie nazwałabym tej książki typowo młodzieżową. Nastasya bowiem tak do końca nie jest nastolatką, której nie jest znane dorosłe życie. Ma to związek z jej przeszłością i tym, że Tiernan sięgnęła dość głęboko w czasy bardzo odległe, w inną obyczajowość, inny światopogląd. To mnie chyba zafascynowało w tej pozycji najbardziej. Powiecie: to wcale nie odosobniony przypadek. W większości książek poruszających wątek istot nieśmiertelnych główni bohaterowie w mniejszym czy większym stopniu odwołują się do swojej przeszłości. Tak, ale w „Ukochanym Nieśmiertelnym” przeszłość uzupełnia się z teraźniejszością – nie wywołując w czytelniku (a przynajmniej we mnie nie wywołało) poczucia znudzenia, albo stwierdzenia „o już gdzieś to czytałam”.

Co jeszcze warto pochwalić? Oryginalność. Nieśmiertelni jako nieśmiertelni to dość ciekawy pomysł, do tego coś na wzór szkoły przetrwania, walka z własnymi słabościami poprzez uprawianie marchewki czy kukurydzy no i on. Ukochany. Początkowo myślałam, ze będzie to romansidło w stylu „mój kochany, jedyny, nie mogę bez Ciebie żyć” itp. Można było wysnuć takie wnioski po przeczytaniu tytułu. Ale nie do końca tak jest. Oczywiście cała fabuła książki skupiona jest wokół wątku miłosnego. Jednak stosunki naszej bohaterki i Reyna od początku nie przedstawiają się kolorowo. Jest to zabawne a zarazem interesujące. Przyznam, że lubię takie podejście do sprawy. Wszystko rozwija się powoli, wzmagając zainteresowanie. Nie jest jednak tematem nadrzędnym, dominującym. Jedynym minusem, jeżeli o takim może być mowa to, to fakt, że brakuje trochę zagłębienia w postacie innych bohaterów. Między innymi Reyna. Niestety autorka zdecydowała się na narracje jednoosobową i trudno z dialogów lub opisów Nastasyi dowiedzieć się co miał na myśli Reyn w danej chwili, co czuł. Myślę, że może to się zmieni w kolejnych częściach. To przecież pierwsza część trylogii. Mam nadzieje, że Cate Tiernan jeszcze nas zaskoczy.

I muszę to powiedzieć nie chętnie: pierwszy raz oczekiwanie na lekarza miało pozytywny skutek. Przeczytałam naprawdę interesującą książkę. Polecam. Z niecierpliwością też czekam na ciąg dalszy. A mojej siostrze dziękuje za trafny zakup.

Pozdrawiam

Manija.B