Fragment "Pocałunek Łowcy"

Oto fragment powieści Marjorie M. Liu „Pocałunek Łowcy”.

Rozdział 1

Stałam obok byłego księdza w małej bocznej kuchni w schronisku dla bezdomnych i starałam się przekonać starszą kobietę, że marihuana to nie cukier, gdy drzwi ze stali nierdzewnej pchnął zombie i oznajmił, że właśnie przyszło dwóch detektywów z komendy policji w Seattle.
Nadstawiłam uszu. Usłyszałam szczęk garnków i krzyki z głównej kuchni, niski poszum głosów w jadalni, na tle muzyki klasycznej, którą zawsze puszczamy podczas obiadu. Na dziś wybrałam Śpiącą królewnę Czajkowskiego. Muzyka pasowała do dudnienia deszczu w blaszane rynny i westchnień wiatru odbijającego się od zaparowanych szyb.
Nie słyszałam żadnych syren. Ani stłumionego echa policyjnych nadajników. Ani natrętnych głosów rzucających rozkazy i pytania. Chociaż tyle. Ale chłopcy na mojej skórze, ukryci pod długimi rękawami skórzanej kurtki i pod golfem, zaczęli się wiercić, niespokojni, pogrążeni we śnie. Dziś byli wyjątkowo nerwowi. Od świtu świerzbiła mnie skóra. Niedobry znak. Gdy Zee i reszta kiepsko śpią, zwykle to oznacza, że ktoś powinien brać nogi za pas. A ten ktoś to ja.
– Niewiarygodne – mruknął Grant. – Powiedzieli, po co tu przyszli?
– Jeszcze nie. Ktoś musiał ich wezwać.
– Ale kto? Do wyboru, do koloru – odparł Rex, a demon w jego aurze aż zatrzepotał. – Przyciągacie ciekawskich jak grawitacja albo cycki w rozmiarze XL.
Stara kobieta nadal nie zwracała na nas uwagi. Nuciła sobie pod nosem skomplikowaną melodię z South Pacific. Była drobna i wychudzona. Prawie same kości. Nos złamany tyle razy, że przypominał stertę kamieni. Blada, po-marszczona skóra i długie włosy, białe jak śnieg. Żylaste ręce pokryte starymi bliznami po igłach. Mnóstwo plastikowych bransoletek na nadgarstkach.
Mary – stała lokatorka przytułku. Kiedyś uzależniona od heroiny. Grant zabrał ją z ulicy – ponad rok temu. Jego projekt specjalny. Eksperyment w toku.
Patrzyłam, jak kobieta nachyla się nad czerwoną, plastikową miską wypełnioną po brzegi ciastem na herbatniki kakaowe z kawałkami czekolady. Prawą ręką niezbyt skutecznie mieszała ciasto parą długich, drewnianych pałeczek, a w drugiej trzymała szklany słój pełen drobniutko pokruszonej trawki, której było tyle, że mieszkańcy całego kwartału mogliby chodzić na haju przez tydzień.
Zerknęła z ukosa, żeby sprawdzić, czy Grant patrzy -patrzył, choć stał lekko odwrócony. Oboje aż się wzdrygnęliśmy, gdy Mary dosypała do ciasta kolejną porcję marychy i zaczęła energicznie mieszać.
– Musimy się tego pozbyć – powiedziałam. – Wysyp trochę do śmieci, a trochę do sedesu.
Grant zacisnął mocno dłoń na lasce, aż mu kostki pobielały.
– Może gliniarze przyszli przez przypadek. Czasami wpadają na pogawędkę.
– Chcesz ryzykować?
– Spuszczenie w kibli dowodu rzeczowego nie załatwi sprawy piwnicy.
Popatrzyłam na starą skórę swoich kowbojek, jakimi mogła przebić się wzrokiem niżej, do przepastnego podbrzusza magazynu, gdzie mieściło się schronisko. Kiedyś produkowano tu meble. W ciemnych, cienistych

kątach nadal stały i zachodziły kurzem wielkie maszyny do szycia i obróbki skóry. Na dole było mnóstwo kryjówek. Nieodkrytych miejsc.
Zwłaszcza jedno, za połamanymi schodami. Natrafiliśmy na nie przez przypadek właśnie tego ranka. Pełno w nim było lamp grzewczych. A od ściany do ściany dżungla starannie pielęgnowanych, nielegalnie uprawianych roślin. Prowizoryczna operacja. I jedna stara hipiska w samym środku, która śpiewa piosenki swoim zielonym dzieciom i robi na drutach skarpetki prawdziwym dzieciom.
Szalona, urocza, słodka, stara Mary. Nie mam pojęcia, jak zdołała zorganizować tę podziemną plantację. Może ktoś jej pomógł. Albo ją w to wmanewrował. A może po prostu była pomysłowa i mocno zmotywowana. Tak czy inaczej trzeba było sprzątnąć ten bałagan. I to nie tylko ze względu na Granta – właściciela przytułku.
On lubił Mary. Lubił ją na tyle, żeby nagiąć dla niej swoje zasady moralne i wystawić reputację na szwank -trzymać ją za rękę i próbować wszystko jakoś załatwić. Ja też tego chciałam. Stara kobieta potrzebowała kogoś, kto by za nią wszystko załatwił. Nie przetrwałaby więzienia. Byłam pewna. On też. Nie przeżyłaby zakucia w kajdanki. Nawet ich błysku. Mary przypominała skrzydła motyla. Nieodpowiednio je potrzyj i już nigdy nie wzbiją się w po-wietrze.
– W piwnicy jest grzech – zaświergotała uroczo, zupełnie nieświadoma sytuacji. – Jezu, zapal światło. Zabłyśnij, Panie, zabłyśnij.
Zombie parsknął śmiechem. Ohydny pełen kpiny odgłos. Wbiłam wzrok w Rexa i przestał się śmiać. Próbował wytrzymać moje spojrzenie. Graliśmy w tę grę od dwóch miesięcy. Dwa miesiące obchodziliśmy się dookoła. Walczyliśmy z własnymi instynktami.
Rex odwrócił wzrok. Roztrzęsionymi, szorstkimi dłońmi poprawił postrzępioną, czerwoną czapkę, którą nasadził sobie głęboko na siwą głowę. Wysoki kołnierz grubej, flanelowej koszuli okalał szczeciniastą szczękę. Skóra jego żywiciela była ciemna od pracy na słońcu przez całe życie. Świeże zacięcia i białe blizny pokrywały stwardniałe dłonie. Z łatwością nosił skradzione ciało. Stare demony -ci, którzy potrafią opętać dogłębnie – zawsze tak je noszą. Stuprocentowy demon w ludzkiej skórze.
Bał się mnie, ale dobrze to ukrywał. Zachowywał spokój na ludzkiej masce, lecz ja umiałam dostrzec drobiazgi. Wyczuwałam ich smak. Chłopcy na mojej skórze robili się od tego jeszcze bardziej niespokojni, w pozytywnym sen-sie. Lubimy, gdy zombie się nas boją. A jeszcze bardziej lubimy, gdy są martwi.
Grant spojrzał surowo na Rexa. Przysunął się do mnie, opierając się ciężko o swoją rzeźbioną drewnianą laskę. Wysoki, szeroki w barach, z twarzą trochę zbyt kanciastą, by można ją nazwać ładną. Ciemne włosy spadały mu na kołnierzyk flanelowej koszuli, pod którą miał ciepły podkoszulek. Wytarte dżinsy, oczy o intensywnym wejrzeniu, brązowe niczym stary las w deszczu. Wyglądał jak wilk. Wilk to też myśliwy, tropiciel, choć inny niż ja. Grant był ode mnie milszy.
– Maxine – mruknął. – Dasz sobie radę z Mary? Do zachodu słońca zostały jeszcze dwie godziny, a to znaczyło, że przetrzymałabym wybuch nuklearny, atak straszydła i spotkanie z ciężarówką klaunów naraz. Mimo lo zawahałam się i przyjrzałam uważnie starej kobiecie, łapałam Granta za koszulę, wspięłam się na palce i przystawiłam usta do jego ucha.
– Ona ciebie bardziej lubi.
– Ona mnie uwielbia – zgodził się ze mną. – Ale ja zajmę się policją.
Wypuściłam powietrze z płuc.
– Co mam zrobić?
Przesunął dłonią po mojej talii w górę, lekko naciskając.
– Bądź miła.
Odsunęłam się od niego i zobaczyłam smutny uśmiech.
– Za bardzo mi ufasz – wyszeptałam.
– Ufam ci, bo cię znam – szepnął mi na ucho. – I kocham cię, Maxine Kiss.
Grant Cooperon. Moja magiczna broń.
Która pewnego dnia wyśle mnie na tamten świat.
– No, dobrze – powiedziałam bez przekonania. – Mary i ja poradzimy sobie.
Uśmiechnął się i cmoknął mnie w czoło. Śpiew Mary się załamał. Zerknęłam na nią ponad szerokim ramieniem Granta. Wpatrywała się we mnie ciężkim wzrokiem. I nie tylko ona. Zombie miał taką minę, jakby zbierało mu się na wymioty.
Co tam. Piekły mnie poliki. Odchrząknęłam i zerknęłam na futerał fletu przewieszony przez ramię Granta.
– Zamierzasz użyć swoich czarów-marów?
– Tylko wdzięku osobistego – odparł z drwiną, cmoknął mnie w policzek i, kulejąc, wyszedł z małej kuchni.
Chora noga prawie wyginała się pod jego ciężarem przy każdym kroku. Rex popatrzył na mnie przelotnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale potem pokręcił głową i poszedł za Grantem przez drzwi wahadłowe.
Wierny zombie depczący po piętach swojemu Fleciście z Hameln. Moja matka przewróciłaby się w grobie. Gdyby miała grób. Wszyscy moi przodkowie by się przewrócili w grobach. Zabiliby Granta. Bez chwili namysłu. Morderstwo z zimną krwią.

Zniszczyliby go jak każdą inną istotę zagrażającą temu światu.
Zerknęłam na Mary. Zlizywała surowe ciasto z pałeczek i przyglądała mi się badawczo. Spróbowałam się uśmiechnąć, ale nigdy nie umiałam przywoływać uśmiechu na zawołanie, nawet wtedy gdy należało, nawet do zdjęcia. Zdołałam tylko sprawić, że lekko drgnęły mi kąciki ust. Wskazałam na słoik, który trzymała w ręce.
– Trzeba to gdzieś schować.
Mary nadal się we mnie wpatrywała. Zee poruszył się na moim karku – poczułam skurcz, jakby jego małe stopy z pazurami zaparły się o mój kręgosłup. Aż mnie od tego przeszył dreszcz. A może to przez Mary – gapiła się na mnie bardziej przenikliwie i z większą niepewnością. Jakby do niej dotarło, że jesteśmy same i mogę się okazać niebezpieczna.
Miała instynkt. Pożałowałam, że nie jestem lepsza w słowach. I że nie wiem, jak być sam na sam ze starą kobietą i nie czuć żalu za czymś, czego nie umiem nawet nazwać, ale od czego bolało mnie gardło, jakbym przez długi czas żuła coś gorzkiego, a pod językiem utknęła mi jak kamień gruda wielkości serca.
– Mary – odezwałam się znowu, tym razem łagodnie, i podeszłam bliżej.
Zastanawiałam się, jak zabrać słoik. Nie chciałam jej przestraszyć, ale trzeba było się pospieszyć. Bez względu na to, co mówił Grant, jakoś nie wierzyłam, że wizyta policji to przypadek. Nie ma tak łatwo. Zwłaszcza wtedy, gdy na czymś zależy.
Zee drgnął. Nie zareagowałam na to, lecz chwilę później zaczęło mnie wiercić w żołądku, jakbym miała dostać rozwolnienia. To było na tyle dziwne, że zatrzymałam się i wsłuchałam we własne ciało. Dotąd nie chorowałam. Ani razu w życiu. Nie wiedziałam, co to kaszel czy gorączka. Nie potrzebowałam żadnych szczepień. Miałam też pan-cerny żołądek. Dajcie mi do zjedzenia coś kupionego na ulicznym straganie w Meksyku, ugotowanego na miejscowej wodzie, starym mięsie i podejrzanym serze – a ja i tak nawet nie beknę.
Lecz to mógł być początek czegoś. Roztarłam sobie ramiona i brzuch. Zee się przesunął, poczułam szarpnięcie w plecach. Pozostali chłopcy do niego dołączyli. Całe moje ciało, każdy centymetr kwadratowy zaczął mnie nagle palić, jakby wsadzono mnie do wrzącego oleju.
Zachwiałam się i ciężko oparłam o stół. Mary się wzdrygnęła. Nie byłam w stanie jej uspokoić. Nie byłam w stanie myśleć. Jakby mnie ktoś ogłuszył. Nic nie byłam w stanie zrobić, bo nagle w oczach eksplodował mi ból, jakby ktoś brzytwą ścinał mi tkankę z oczodołów. Zgięłam się wpół i mocno przycisnęłam palce do twarzy. Wbiłam je w skórę. Oddychałam przez usta. Kolana się pode mną ugięły.
Potem cisza. Ból ustał. Tak po prostu. Ni stąd, ni zowąd.
Zebrałam się w sobie, bez tchu, czekając na jego powrót. Czułam tylko widmowe echo bólu, który przepalał się przez moją czaszkę i skórę. Serce łomotało mi, zbierało mi się na wymioty. Kręciło mi się w głowie. Górna warga miała smak krwi. Z nosa leciała krew.
Wyczułam jakiś ruch. Podniosłam oczy zamglone od łez. Mary wpatrywała się we mnie i celowała pałeczkami, jakby to były jakieś czekoladowe, halucynogenne czarodziejskie różdżki. Jej niebieskie oczy patrzyły bystro. Kolana pode mną zadygotały. W uszach szumiała krew.
– Diabeł zawsze puka do drzwi jak jakiś gnój – wyszeptała.
Usłyszałam kroki i nierówne stukanie laski. Wyrwałam Mary słoik z trawką. Nie zwracając uwagi na jej pisk pro-testu, szybko podeszłam do zlewu i wrzuciłam zawartość słoika do młynka do odpadków.
Odkręciłam kran, nacisnęłam włącznik. Młynek zaterkotał, a ja ochlapałam sobie wodą twarz. Nadal miałam na dłoniach rękawiczki. Złapałam papierowy ręcznik, żeby wytrzeć krew z nosa, potem go zmięłam. Odwróciłam się w stronę wahadłowych drzwi i dokładnie w tej samej chwili stanął w nich Rex.
Jego aura miała gęstą i ciemną koronę, która pulsowała niczym plama ropy naftowej. Po raz kolejny zdziwiłam się, że ktokolwiek na tym świecie może się dać nabrać takim istotom jak on. Że demony biorą we władanie ciała swoich żywicieli, że przeskakują z jednej ofiary do drugiej i nikt nawet okiem nie mrugnie. Jak to możliwe, że ludzie są tacy ślepi? To groźne.
I jak to możliwe, że Grant nadal ciągnie ten swój eksperyment z zombie?
Szedł zaraz za Rexem. Oczy miał dzikie, zajadłe, mroczne. Coś się wydarzyło. Gdy tylko wszedł do kuchni, popatrzył na czubek mojej głowy. Wiedziałam, że z aury jest w stanie wyczytać, że czuję ból. Już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale rozległy się kolejne kroki, więc posłał mi tylko ostrzegawcze spojrzenie. Do środka weszło dwóch mężczyzn.
Detektywi. Rozpoznałam ich, chociaż nie wiedziałam, jak się nazywają. Obaj po trzydziestce, krótko ostrzyżone włosy i porządne garnitury. Znałam ich z widzenia, bo od czasu do czasu wpadali do przytułku. Sprawdzali, kto się u nas kręci. Zamieniali słowo z Grantem. Kto raz był księdzem, ten księdzem pozostanie na zawsze. Ludzie nadal do niego przychodzili, żeby się wygadać.
Mężczyźni stali przez chwilę w milczeniu, przyglądając się Mary i Rexowi. A potem mnie. Starałam się zachować spokój, chociaż czułam się jak jeleń w świetle reflektorów nadjeżdżającego samochodu. Nie przepadam za policjantami. Ogólnie nie mam nic przeciwko nim. Większość odwala kawał dobrej roboty. I na tym właśnie polega problem. Złamałam w życiu zbyt dużo przepisów, by czuć się swobodnie w towarzystwie faceta z odznaką.