7 Wspaniałych: Unpopular Opinion

Kojarzycie to uczucie: wszyscy wokół ciebie czytają jakąś przefenomenalną książkę, namawiają cię do niej znajomi, widzisz ją wszędzie. Postanawiasz, że ja kupisz. Potem zaczynasz czytać. Na 50 stronie zaczynasz się irytować. Na 100 przewracasz oczami. Na 150 rzucasz o ścianę. A jeśli jesteś wytrwały, to po prostu kończysz ją  z wielkim poczuciem zażenowania i niepotrzebnie wydanych pieniędzy. Jestem pewna, że zdarzyło się to każdemu.

Zobaczcie więc moje czytelnicze buble.

PS Pamiętajcie, że to tylko moja opinia – jeśli się z nią nie zgadzacie, to nie ma problemu.

PPS Mogą pojawić się małe spoilery!

 

*Książki Colleen Hoover

Do Colleen Hoover próbowałam się przekonać naprawdę długo – najperw przeczytałam beznadziejne Hopeless, potem słabiutkie November 9, następnie tragiczne Ugly love, a nadzieję straciłam przy Losing Hope. Jedynie Maybe someday się jakoś wybroniło, ale wciąż nie jest to żadne arcydzieło. Mój problem z tą autorką polega na tym, że nie jestem w stanie znieść bohaterów – dlaczego każdego z nich musiało spotkać coś tak tragicznego, że aż strach o tym mówić? Ja wiem, że to new adult i w ogóle, ale nie zauważyliście, że tak właściwie schemat każdej jej powieści wygląda tak samo: dziewczyna z problemami (często jest to uraz po mężczyźnie) poznaje chłopaka, który skrywa sekret (być może dotyczący jej przeszłości). Na końcu czeka ich szczęśliwe zakończenie. To wszystko wydaje mi się już takie sztampowe, że nawet nie chce słyszeć o jej kolejnych powieściach.

 

 

*Książki Jennifer L. Armentrout

Taka sama sytuacja jak z Hoover – schemat goni schemat (dziewczyna z przedmieścia, bad boy i te pocałunki mające moc zmieniania świata). Kiedy brałam się za Obsydian, miałam świadomość, że będzie to typowy odmóżdżacz, w końcu nawet sama okładka nie obiecywała za wiele. Ale gdy na 100 stronie znowu zaczęłam przewracać oczami, to był znak, że naprawdę nie dam rady.

PS W Dark Elements było dokładnie to samo, tylko + dodatkowy akcent  w postaci grzecznego chłopaka jako element trójkąta.

 

*Simon oraz inni homo sapiens – Becky Albertalli

Tak właściwie nigdy do mnie nie dotarło co ludzie w niej widzą – dla mnie była po prostu niezbyt dobrą historią z wątkiem LGBT w roli głównej. Było mdło i bez polotu, więc tym bardziej możecie sobie wyobrazić sobie moje zaskoczenie, gdy dowiedziałam, że powstanie film. W dodatku ta cała akcja z meilami i tajemniczymi tożsamościami nigdy do mnie nie przemawiała.

*Czy wspomniałam, że cię kocham? – Estelle Maskame

Po tej książce obiecałam sobie jedno: żadnych więcej typowych powieści dla dziewczyn. Sama nie wiem dlaczego przeczytałam tę książkę do końcu – chyba  w pewnym momencie zaczęłam podchodzić do niej z dystansem. Po prostu więcej było uśmiechów rozbawienia, a nie uśmiechów zażenowania.

 

*Światło, którego nie widać – Anthony Doerr

Jedno z moich pierwszych podejść do literatury poważniejszej niż typowa fantastyka młodzieżowa i chyba nie dokońca najwłaściwsze. Światło czytałam dobre 2 lata temu, więc może teraz moja opinia o niej byłaby zupełnie inna. Moim głównym zastrzeżeniem do tej ksiązki było chyba tempo akcji – wszystko działo się tak wolno, było tyle opisów, a główni bohaterowie spotkali się dopiero pod koniec książki. Ja natomiast wolę, gdy wszystko dzieje się już, teraz, natychmiast. Dla kogoś innego może to być zaleta, dla mnie była to zdecydowania wada.

 

*Wybrana – Naomi Novik

Nawet nie wiecie jak bardzo chciałam pokochać tą książkę. To były totalnie moje klimaty – folklor, średniowiecze i w dodatku polskie akcenty! Zaczęłam więc czytać i gdzieś na 200 stronie zaczęłam po prostu przerzucać kartki, by dowiedzieć się jak to się wszystko mniej więcej potoczy. I nawet to mnie znudziło – jak dla mnie w Wybranej było zdecydowanie za mało akcji i za dużo gadania.

 

*Aristotle and Dante discover the secrets of the universe – Benjamin Sanchez

I ostatnia, anglojęzyczna pozycja. Tutaj również pojawia się wątek LGBT, nie wiem, jakoś jeszcze nie natrafiłam na książkę, w której byłoby to naprawdę dobrze zrealizowane. Tym razem nie uznałam jej jednak za jakąś tragedię, ale po tylu pozytywnych opiniach oczekiwałam czegoś więcej. A dostałam po prosu spokojną historię o dwójce chłopaków, którzy nie do końca radzili sobie z rzeczywistością. Komuś innemu na pewno przypadłaby do gustu.

 

A jakie książki są Waszymi #UnpopularOpinion?

  • Kompletnie nie rozumiem czemu ta opinia będzie tak niepopularna, ale „Dwory” S. J. Maas to dla mnie kompletna porażka pod prawie każdym względem. Jedyne, co mogę docenić to pomysł na świat, ale autorka go zbabrała i zmarnowała. Postacie jak z kartonu, główna bohaterka to niesamowicie głupia Mary Sue (brakuje tylko żeby zaczęła strzelać laserami z oczu), większość postaci zachowuje się jakby Feyra była ich guru, fabuły brak, większość drugiego tomu to bełkot o niczym głównej bohaterki, akcja jest taka, że leki nasenne mają poważną konkurencję, co chwila wychodzą jakieś głupoty, a do tego autorka musi wrzucać erotykę, której nie potrafi pisać. Serio, cały jeden rozdział to opis seksu tak żenujący, że aż boli. Do tego zabieg z robieniem miejsca dla nowego Tru Loffa jest tak wstrętny, że mam ochotę udusić SJM. Okropnie wykorzystała problemy psychiczne, żeby zrobić z jednej z postaci największego złamasa, do tego jeszcze hipokryzja Feyry w tym wątku… Nigdy jej nie lubiłam, ale w tym momencie uważam, że zasługuje na to, od czego ratował ją Rhys, który też nie jest taki krystalicznie idealny jak sądzą jego „rzony”. Pomimo mojej sympatii do „Szklanego Tronu” nie jestem już w stanie lubić Maas bo to, co zrobiła jest niewybaczalne i jak ktoś mi powie, że ta śmieszna seria ma wartość psychologiczną, natłukę podręcznikami do psychopatologii. Z części na część jest coraz gorzej, a ze spoilerów do „Tower of Down” wiem, że Maas nawet ze swoją lepszą serią się stacza. Nie wiem, co tej kobiecie siedzi w głowie, ale jak chce do reszty spartolić ToG przez robienie go na wzór ACOTAR bo na to drugie jest jakiś śmieszny hype, to nie zostanie mi nic innego jak stwierdzić, że liczy się dla niej jedynie poklask nastoletnich faneczek, a nie jakość książek.

    • Sylwia Mróz

      Wreszcie spotkałam kogoś kto myśli o Maas tak samo jak ja XDD

    • Captain

      Dwory też uważam za porażkę

  • Olga Solska

    Dla mnie kompletnym dnem był „chłopak ktory zakrada sie do mnie przez okno” wszyscy zachwycają się taautorką i ksiażka. Ok- pomysł był nawet ciekawy, inny. Ale na tym plusy się kończą. wydaje mi się że autorka upchała za dużo „sprzedających” się motywów do jednej książki. Wszystko bardzo nierealne i naiwne niczym początkujący fanfik. i to taki z gorszej półki. Retrospekcje w których narrator zmienia się w małą dziewczynke ma mentalność 16latko (ktorą jest główna bohaterka). Ojciec nie był przykładnym rodzicem przez co ma problemy, nieradzi sobie z dotykiem oprócz przyjaciela jej brata. Ledwo zaczynają być ze sobą a ona flirtuje z innym…seeerio? Jakikolwiek motyw byście nie wybrały on na pewno tam był. Bohaterka szarą myszka? jest. Brat i jego najlepszy kumpel bożyszczami szkoły? jest. Ahh no i oczywiście brak nadzoru rodzicielskiego czyli wieczne imprezy w ich domu. a to wszystko i wiele więcej działo się w pierwszych kilku rozdziałach – nie dotarłam nawet do połowy tej historii.

  • Captain

    hahah mamy podobne zdanie zgadzam sie ze wszystkim :D Książeczki Jennifer L. Armentrout i Cooleen Hover to totalne żenady nie do czytania, Wybrana nawet nei mogłam przebrnąć

  • „Tysiąc pocałunków” – o losie jak ja się namęczyłam przy tej książce. Nie dość, że bohaterzy wyidealizowani do przesady. Ich wielka miłość w wieku 15/16 (?) lat. I bohaterka, która oczywiście dla wszystkich musiała być wzorem.. Do tego na każdym kroku wspominała wszystkim, że ona niedługo odejdzie. Tak dziewczyno zejdziesz ze świata, ale póki żyjesz to żyj a nie dołujesz jeszcze bliskich w każdej rozmowie. Uważam, że za często to robiła. Na przykład chłopak wyznaje jej miłość a ona „ja cię też, ale wiesz że nie długo mnie nie będzie, więc chcę być pokochał inną” – oczywiście to przykład, nie cytat. Kompletnie nie rozumiem co się stało, bo autorkę bardzo lubię.

  • Marlena

    Dla mnie taką książką był Promyczek. Naprawdę nie rozumiem tego fenomenu. Nie zainteresowała mnie, nie wciągnęła, nie wzruszyła. Czytałam rok temu i ledwie potrafię zarysować fabułę.

  • czysta

    zdecydowanie różnią nam się gusta, ale rozumiem obiekcje co do niektórych.

    moim zdecydowanym nope’em jest „Earl, ja i umierająca dziewczyna” – hype był nieziemski na booktubie zagranicznym, polskim zresztą też, okładka cudowna, ale książka mnie… mega zawiodła. nie tego się po niej spodziewałam.
    i ze „Szklanym Tronem” Maas miałam początkowo problem, ale zauważyłam, że im dalej, tym lepiej.

    a, tak nawiasem mówiąc: książka Sancheza nie taka do końca anglojęzyczna, bo już dobre kilka lat temu przetłumaczona na polski przez wydawnictwo Amber jako „Inne zasady lata” ;)

  • Ilonaq

    Uwielbiam książki Jennifer L. Armentrout:) Mam podobne odczucia, co do Colleen Hoover. Czytałam chyba ze dwie jej książki i już mi wystarczy. U mnie na tytuł bubla zasługuje cykl o Sookie Stackhouse i Piękne istoty. To była droga przez mękę.

  • Lexie

    Każdy ma inny gust i czegoś innego szuka czytając, więc nic dziwnego, że coś kto inni kochają dla nas może być bublem xD