Recenzja: Miłość, która przełamała świat – Emily Henry

Kocham romanse – nie da się ukryć, jestem po prostu beznadziejną romantyczką, która mimo coraz wyższego numeru na liczniku życia wierzy w tę jedyną miłość na całe życie. Dlatego kiedy w łapki wpadnie mi książka, która miłość ma w tytule, pochłaniam ją kartka po kartce, a cały świat przestaje istnieć. I choć chciałabym powiedzieć, że każdy przeczytany romans jest małym arcydziełem, po wielu zostaje niestety jedynie niesmak i żal do autora. A jak jest w przypadku Emily Henry i jej Miłości, która przełamała świat?

Główna bohaterka, Natalie, nie jest zwyczajną osiemnastolatką. Niewiele osób wie, że dziewczyna od dziecka widzi… no właśnie co? Duchy? Zjawy? A może po prostu ma halucynacje, jak sugerowali psychologowie, którzy przewinęli się przez jej życie. Jednym z jej gości z zaświatów jest Babcia, starsza Indianka, która każdego wieczora, przez wiele lat, opowiadała Natalie indiańskie bajki i przypowieści, aż w końcu zniknęła na trzy lata, by ponownie pojawić się u progu dorosłości naszej bohaterki. Tym razem jest jednak inaczej – oprócz tradycyjnej bajki, Natalie słyszy także ostrzeżenie: „Masz trzy miesiące, by go uratować”. A później Natalie poznaje tajemniczego Beau i wszystko dookoła niej zaczyna się zmieniać. Czas i przestrzeń nie istnieją…

Zanim na dobre zacznę recenzję, muszę Was ostrzec – opis z tyłu książki jest mylący! Nie oddaje w pełni treści książki i nie wiem, czy gdybym miała gorszy dzień, po jego przeczytaniu w ogóle zechciałabym po książkę sięgnąć. Na szczęście mamy wakacje i wszystko wydaje się nam piękniejsze, więc i opis mnie nie zniechęcił (a poza tym widzieliście tę okładkę?! Piękna, prawda?).

Ale przechodząc do konkretów…

Fabuła powieści jest spójna i nie zauważyłam w niej żadnych luk. Prawda jest taka, że nie bardzo orientuję się w temacie podróży w czasie, zaginania przestrzeni i wymiarów, ale dla mnie, przeciętnej zjadaczki książek, wszystko wydawało się dość logiczne (no dobra, przyznaję, czasem byłam lekko zdezorientowana, ale tylko ociupinkę). Autorka powoli dozuje nam akcję i emocje, toczy swą opowieść spokojnie, bez większych skoków napięcia. Oczywiście, jak w każdej książce mamy tutaj typowy moment kulminacyjny, gdy wszystko nabiera sensu i ważą się losy naszych bohaterów, ale nie eksploduje on fajerwerkami i nerwowym obgryzaniem paznokci. Jest zrównoważony, w zasadzie od początku wiemy, kogo główna bohaterka ma uratować, ale mogę się założyć, że niejednego czytelnika zaskoczy to, w jaki sposób autorka postanowiła tę kwestię rozwiązać. Na plus działa tu zdecydowanie oryginalność fabuły – niewiele książek młodzieżowych porusza kwestię kultury indiańskiej, a do tego miesza ją z podróżami w czasie i przestrzeni. Ale tutaj jednak czegoś zabrakło. Choć wątek indiański jest, został potraktowany trochę po macoszemu – jest on po prostu zbyt okrojony!

Bohaterowie powieści nie ociekają oryginalnością. Można powiedzieć, że są to raczej postacie kliszowe i niewiele (jeśli w ogóle coś) ich wyróżnia. Przez dłuższy czas zastanawiałam się, co mogę Wam o nich opowiedzieć, i… nie wpadłam na żaden pomysł. Nawet jeśli posiadają jakąś osobowość, autorka postanowiła nam jej nie przedstawiać i zrobiła z bohaterów płaskie, papierowe postacie. Niestety Beau także niczym się nie wyróżnia – ot, nie do końca zwykły nastolatek, o którym wiemy niewiele. A nasza Natalie? Cóż… Natalie, choć ma zadatki na bohaterkę oryginalną, nie jest w pełni trójwymiarowa. Momentami ciężko mi było ją zrozumieć, nierzadko też irytowała. Niestety, prawda jest taka, że bohaterowie to najsłabszy punkt Miłości, która przełamała świat. Nieładnie, pani Henry, nieładnie.

Do języka powieści nie mogę się przyczepić – jest barwny, czasami zabawny, zdecydowanie trafiający w gusta młodzieży.

Minusem jest tutaj wydanie książki – choć okładka jest piękna i klimatyczna, znalazłam coś, co mi się bardzo nie podoba (oprócz nie do końca udanego opisu, który jest jedynie tłumaczeniem opisu zagranicznego). Wydanie jest niechlujne pod względem edycji! Ktoś nie dopilnował, by wszystko grało, więc znajdziemy tu literówki, powtórzone wyrazy, a także entery w niewłaściwych miejscach. Ktoś może powiedzieć, że to tylko szczególiki. Owszem, ale szczegóły składają się na całość i takie coś nie powinno mieć miejsca. Po prostu.

Miłość, która przełamała świat ma wiele wad, ale mimo wszystko jest to przyjemna lektura na lato i mogę ją polecić. Nie padniecie z zachwytów, ale na pewno miło spędzicie czas.

Recenzja: Miłość, która przełamała świat - Emily Henry
3.9Wynik ogólny
Świat przedstawiony
Kreacja bohaterów
Oryginalność fabuły
Styl pisania
Ogólne wrażenie
Ocena czytelników 2 Głosów