Recenzja: Twierdza Kimerydu – Magdalena Pioruńska


Osoby, które mnie znają, pewnie powiedzą, że jestem dobrym człowiekiem. Ale czy rzeczywiście nim jestem? Na przykład nie trawię czytających Polaków buraków, którzy pomimo tego, że konsumują te same książki co ja, to nadal są tacy jacy są – czyli pełni braku zrozumienia wielu rzeczy. Czy to nie jest wywyższanie się? Nie sięgam po polską literaturę, bo szkoda mi czasu na bubel, którego już się sporo naczytałam w młodości. Czy to nie jest uprzedzenie? Jak widzicie, nie jestem bez SKAZY. I wierzę w to, że każdy ma w sobie trochę gówna, nie ważne jak dobrze by je maskował.

Po Twierdzę Kimerydu sięgnęłam tylko dlatego, że nikt z redakcji nie palił się do jej przeczytania. I jak możecie się domyślać, zebranie się w garść i zmobilizowanie się by zacząć ją czytać, trochę czasu mi zabrało. O moim początkowym nastawieniu do tej lektury lepiej zapomnieć… a może i nie.

Do tej pory sądziłam, że cokolwiek od „tego wydawnictwa” mnie nie zaskoczy. Nic, co wyszło spod ich szyldu, nigdy mi się nie spodobało i ta powieść miała dołączyć do grona „beznadziejnych debiutów”. Może i tak by się stało, gdyby nie dwie rzeczy, które już na samym początku rzucają się w oczy. O dziwo, okazało się, że Twierdza Kimerydu jest więcej niż strawnie napisana, i że historia w niej opisana jest zdrowo pokręcona (w pozytywnym znaczeniu). Ba, z ręką na sercu napiszę, że w swoim ekscytującym życiu książkoholika przeczytałam kilogramy książek, ale z taką historią nigdy się nie spotkałam. Napisanie, że jest oryginalna, to mało powiedziane.

Po pierwszym rozdziale byłam zagubiona i ogarnęło mnie wielkie WTF. Po drugim zastanawiałam się, co autorka piła/brała jak przenosiła myśli na kartkę w Wordzie. Wydawało mi się, że niemożliwe jest, by osoba z tak przyzwoitym warsztatem, coś TAKIEGO wykreowała. Pierwsze pięćdziesiąt stron to byłoby jakbym znalazła się w nieznanym mi kompletnie miejscu, przytłoczona natychmiastową potrzebą jego poznania. Jak możecie się domyśleć, chwilę później dałam się porwać wzburzonemu nurtowi opowiadanej historii.

Tak jak ja, ta powieść nie jest doskonała. Warsztat autorki jest naprawdę dobry i nie widać, że mamy do czynienia z debiutującym pisarzem. Jednak na początku przygody z lekturą czułam się zagubiona, a tak być nie powinno. Pani Magda wystartowała jak petarda, która wściekle się zażyła, aż się wypaliła i spadła na ziemię. Zanim zorientowałam się, kto jest kim (za dużo podobnie brzmiących imion) i jaką pełnią rolę, byłam już daleko od pierwszych stron, gdzie akcja trochę przystopowała. Małe ALE mam też do niektórych bohaterów, którzy zostali mocno przerysowani, a raczej obdarzono ich cechami, które jak na ich wiek są mocno nierealne. Rozumiem, że to fantastyka, ale do tej pory nie potrafię zrozumieć jak kilkulatek może zachowywać się/rozumować jak nastolatek. Może to dlatego, że na co dzień mam do czynienia z dziećmi i nawet mali geniusze nie potrafią tego, co powiem bohater (no ale one nie są pół-zwierzętami) :D

Twierdza Kimerydu to zaskakująco dobra powieść. Jeśli lubicie szalone fantastyczne klimaty, coś w stylu cyberpunku, to nie zastanawiajcie się i biegnijcie zamawiać książkę!

by Kerach

PS. Tak, wiem… nie zdradziłam ani grama fabuły – nie chcę psuć wam zabawy.

Recenzja: Twierdza Kimerydu - Magdalena Pioruńska
4.1Wynik ogólny
Świat przedstawiony
Kreacja bohaterów
Oryginalność fabuły
Styl pisania
Ogólne wrażenie
Ocena czytelników 0 Głosów