Recenzja: Zenith. Część 1 – Sasha Alsberg, Lindsay Cummings

zenithKojarzycie Sashę Alsberg? Nie? To może abooktopia? Już coś świta, prawda? A więc Sasha Alsberg, jedna z najpopularniejszych booktuberek w Stanach Zjednoczonych, wraz ze swoją koleżanką Lindsey Cummings (która na rynku YA zdążyła już zadebiutować) postanowiły napisać książkę, wydawaną w odcinkach.

Zenith opowiada historię Andi, Krwawej Baronowej, która jest kapitanem jednej z najlepszych załóg w całej galaktyce (w dodatku całkowicie żeńskiej, feministki wniebowzięte). Mimo to błędy zdarzają się nawet tym najlepszym i Andi wpada w krwawą pułapkę, z której jedynym wyjściem jest… pomoc jej największemu wrogowi z przeszłości.

Brzmi interesująco? Pewnie. Czy tak samo dobrze poszło z wykonaniem? Niekoniecznie. Czytając Zenith, miałam wrażenie, że cały czas jestem bombardowana faktami, które powinnam zapamiętać, by potem móc się orientować w historii. Tyle że tak się po prostu nie da. Nikt nie jest w stanie skojarzyć wszystkich faktów, jeśli nie wie, co się za nimi kryje. W ciągu tych sześćdziesięciu stron nie mogłam się wczuć w świat przedstawiony, bo po prostu nie miałam zielonego pojęcia, o co w nim chodzi.

Co się zaś tyczy głównej bohaterki – czasami tą swoją krwawą przeszłością przypominała mi Cealenę Sardothien. Ale tylko czasami. Bo jeśli u Cealeny było widać motywację w działaniach, jakiś cel, tak u Andi mamy tylko: Jestem Krwawą Baronową, bo zabiłam tysiące ludzi. To wszystko, co musisz o mnie wiedzieć. Ale ja przecież jestem czytelnikiem! Ja muszę wiedzieć, po co, jak, dlaczego! Na szczęście pozostałe postacie wydały mi się bardziej interesujące, przy czym największe uznanie zdobyła ta, której poświęcono najmniej czasu (ci, którzy czytali, wiedzą, o kogo chodzi).

A jak wygląda sprawa od strony technicznej? Lepiej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Nie wiem, jak dokładnie wyglądała współpraca Sashy i Lindsey, ale naprawdę nie byłam w stanie odróżnić, która co napisała. Bo choć informacji było zdecydowanie za mało, sam sposób opowiedzenia tej historii zasługuje na uznanie.

Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na dwa aspekty. Pierwszy: w całej książce (znaczy się na tych sześćdziesięciu stronach) zamiast słowa fuck, pojawia się słowo fink (ang. donosiciel, kapuś). Nie mam pojęcia, czy w zamierzeniu powinno to mieć jakikolwiek związek z fabułą, ale to naprawdę irytowało. Drugi: jak już wspomniałam, książka jest podzielona na części (bodajże pięć). Jeśli każda z tych części będzie mieć około sześćdziesięciu stron, a nie będzie ich na pewno mniej niż pięć, to za całą książkę w wersji elektronicznej zapłacimy 10 $. A to więcej, niż wyniósłby koszt jej fizycznej wersji.

Podsumowując: Mimo wszystkich wad i zgrzytów, czytanie tej powieści nie było dla mnie męczarnią. I z racji tego, że są to dopiero początki, marne 60 stron, wystawiam ocenę 3/6.

by Marta

  • Fizyczna wersja my wyjść w przyszłym roku :)

  • Eh…każdy kiedyś zaczynał :) Fajnie, że dziewczyna ma zacięcie i pomysł oraz, że robi to,co lubi :)

  • Tetiana xd

    Szkoda, że nie jest tak dobra na jaką wygląda. :)