Recenzja: Niepowszedni – Justyna Drzewicka

1 KSIEGA_NIEPOWSZEDNI_Porwanie.inddDo debiutów polskich autorów podchodzę zazwyczaj z entuzjazmem większym niż to wskazane. Niejednokrotnie okazuje się, że Polak naprawdę potrafi, a dzieła naszych rodaków przewyższają mocno skomercjalizowane twory zza granicy. Czy jednak tym razem moje pozytywne nastawienie nie okazało się przesadne?

Tytułowi Niepowszedni to dzieci od urodzenia obdarzone wyjątkowymi umiejętnościami – jedni potrafią leczyć lub odbierać życie dotykiem, drugim wystarczy jedno słowo w obcym języku, by zaczęli płynnie się nim posługiwać, zaś inni to fenomenalni wojownicy. Chociaż główni bohaterowie w rodzinnej wiosce darzeni są miłością i opieką, nie wszyscy życzą im dobrze. Dalko, Sambor, Alla, bezimienna Wodniczka oraz Nila zostają porwani przez Złotników, którzy spodziewają się sprzedać grupkę za duże pieniądze. Niepowszedni podejmą desperacką próbę ucieczki, w trakcie której będą mogli liczyć tylko na siebie.

Miałam z tą książką ogromny problem. Przede wszystkim – z powodu samej tematyki. Już po otworzeniu książki czytelnik natknie się na mapkę z rozrysowaną rzeką i osadami, jasno dającą do zrozumienia, że mamy do czynienia z fantastyką osadzoną w realiach średniowiecza. Jedni taką informację przyjmą z entuzjazmem, inni od razu rzucą powieść w kąt. Ja znalazłam się gdzieś pośrodku: z całą pewnością nie mam nic przeciwko rycerzom, zamkom i osadom pełnym ubogich wieśniaków, o ile autor jest w stanie taką tematykę udźwignąć.

Idąc dalej tym tropem, nie mogę nie zwrócić uwagi na to, że średniowieczne fantasy coraz bardziej nam, czytelnikom, powszednieje; żeby rzeczywiście wybić się na tle konkurencji, trzeba stworzyć dzieło wybitne. Tymczasem wielu autorów sięga po ten motyw i, nie zagłębiając się w realia, zrzuca wszystko na karby własnej wyobraźni, co w większości przypadków czyni historię wręcz przekoloryzowaną. Niestety, również Niepowszednim można taki zarzut postawić. Początkowo próbowałam jeszcze wybronić autorkę, bo o ile przyjmiemy, że stworzyła ona powieść skierowaną do „młodszej młodzieży”, wszystkie te mankamenty można wybaczyć – w końcu kto w dzieciństwie nie lubił zapominać się w fascynujące historie o przyjaźni i pierwszej miłości, nie patrząc na oczywistość schematu dobra pokonującego zło? Niestety im bardziej zagłębiałam się w lekturę, tym wyraźniej rzucał mi się w oczy przesadzony, wszechobecny dramatyzm. Szkoda, że autorka nie zrezygnowała z ciężkiego klimatu na rzecz żartów czy rozładowujących napięcie, zabawnych sytuacji – może nie tak natarczywie, jak robi to Riordan, ale klika humorystycznych wstawek z pewnością by nie zaszkodziło.

Po drugie – bohaterowie, niestety równie nijacy i przewidywalni jak fabuła. Postaci są czarno-białe, napisane schematycznie. Nila – z założenia główna bohaterka – nie jest najgorsza, chociaż zdecydowanie brakowało jej jakiegoś charakterystycznego rysu, który odróżniłby ją od pozostałych postaci. A szkoda, bo chociaż dziewczyna miała potencjał, notorycznie spychano ją na dalszy plan, przez co zwyczajnie ginęła w tłumie swoich przyjaciół. Sceny, w których autorka pozwała jej na większą samodzielność i energię w działaniu, rzeczywiście były jednymi z lepszych, dlatego mam nadzieję, że w kolejnych tomach Nila pokaże, na co ją stać. O pozostałych członkach drużyny trudno powiedzieć więcej; mamy do czynienia z Samborem – porywczym wojownikiem, nieprzystępnym, ale posiadającym złote serce Dalko, trochę naiwną i emanującą dobrem młodszą siostrę Nili, Allę i (moje największe utrapienie, które pojawić się po prostu musi) Wodniczkę – nadmiernie dojrzałe, najmądrzejsze i jednocześnie najmłodsze dziecko. Chociaż są to postacie płaskie, do których scharakteryzowania naprawdę wystarczy jedno zdanie, trzeba przyznać, że obserwowanie, jak łącząca ich przyjaźń przeradza się w więzi prawdziwie rodzinnie, było w jakiś sposób urzekające i chwytające za serce. Trzeba też dodać, że jak na dzieci bohaterowie są raczej myślący – zdarzają im się wpadki, ale te tylko potwierdzają, że czytamy o perypetiach nastolatków: świadomych swoich ograniczeń i nikłych możliwości działania w świecie rządzonym przez dorosłych. Paradoksalnie, sytuację ratują postaci poboczne, przede wszystkim charyzmatyczny, intrygujący Batu Tauris, którego powrotu będę oczekiwała w kolejnych tomach.

Niepowszedni nie są powieścią tak słabą, jak można wywnioskować z recenzji, trzeba jednak powiedzieć otwarcie: książka nie ma w sobie nic, o czym jeszcze nie czytaliśmy. Dzieci z mocami? Są. Średniowieczne klimaty? Jak najbardziej. Grupka przyjaciół, którzy poradzić muszą sobie z okrutnymi dorosłymi? Odhaczone. No i narracja stylizowana na starodawne, przekazywane z ust do ust podanie – a jakże, chociaż z pewnością nie na takim poziomie, jak zrobił to Andrew Motion w fenomenalnym Silverze. Szkoda mi wystawiać tak krytyczną ocenę, bo nim zaczęłam lekturę, naprawdę chciałam móc rozpłynąć się w zachwycie nad debiutem Drzewickiej. No właśnie – debiutem, o czym nie wolno zapominać. Ze swojej strony wystawiam 3+/6 i oczekuję na kolejne tomy, by sprawdzić, czy autorka rozwinie potencjał swoich pomysłów i uczyni świat oraz bohaterów nieco bardziej rozbudowanymi. Ocena z plusem, bo mimo wszystko cieszy mnie, że nadal powstają takie powieści – może nie pozbawione krwawych scen, ale za to nie epatujące brutalnością, z pozytywnym przesłaniem; słowem: książki, które można z czystym sumieniem polecić młodszemu pokoleniu.

ookami by bookish-galaxy.blogspot.com dla BG