Recenzja: Tancerze burzy – Jay Kristoff

Wojna Lotosowa. 1. Tancerze BurzyLegendy zazwyczaj opowiada się małym dzieciom na dobranoc. Mityczne opowieści o bohaterach mają je nauczyć ważnych wartości w życiu i dobrego sposobu postępowania. Dzięki nim mogą wykreować w swoich głowach swoje ideały, którymi będą się kiedyś kierować. Na dorosłych takie opowieści działają w dużo mniejszym stopniu. A co jeśli wszystkie legendy mają w sobie ziarno prawdy?

Yukiko jest córką Masaru, który jest wielkim łowcą samego szoguna – Yoritomo. Wraz z ojcem wyrusza w podróż w poszukiwaniu mitycznego stwora, jakim jest arashitora. Wszystko to, aby spełnić zachciankę szoguna. Uczestnicy wyprawy wiedzą jednak, że to bezcelowa misja. Nikt już dawno nie widział żadnego arashitora, ale jeżeli odmówiliby poszukiwania go, Yoritomo skazałby ich na śmierć. Ku wielkiemu zaskoczeniu, tygrys burzy zostaje odnaleziony i uwięziony na sterowcu. Misja idzie zgodnie z planem, ale tylko do pewnego czasu. Wkrótce dochodzi do katastrofy, która całkowicie odmieni losy całego świata Shimy.

„Tancerze burzy” to książka o przepięknej okładce i intrygującym zarysie fabuły. Miałam z nią jednak mały problem. Z ogromną przyjemnością i zapałem rozpoczęłam lekturę, jednak mój entuzjazm szybko zniknął. W ogóle nie potrafiłam wczuć się w tę opowieść, nie rozumiałam wielu słów, bowiem książka przedstawia wybitnie kulturę japońską ,a ja nie jestem w tej dziedzinie znawcą. Moja niechęć rosła ze strony na stronę, a trwało to łącznie ponad 100 stron. Dopiero wtedy nuda i moje znużenie zaczęły znikać, ponieważ w końcu akcja przyspieszyła i zaczęło dziać się coś ciekawego! Jakże się cieszę, że tak ogromny potencjał, jaki posiada ta powieść, nie został zmarnowany, bowiem kolejne strony to już zupełnie inna bajka.

Dużym plusem są zwroty akcji, które dodają historii tempa, a także sprawiają, że czytelnik nie jest w stanie do końca przewidzieć rozwoju wydarzeń. Nie można tutaj także zarzucić braku oryginalności. To zdecydowanie powiew świeżości na rynku i coś, czego często się nie spotyka. Jay Kristoff wymyślił wciągającą i interesującą historię, jednak pojawiły się w niej lekkie zgrzyty. O nich za chwilę, teraz będę kontynuować wymienianie zalet jego twórczości. Znakomicie oddał świat powieści, bowiem opisy są dokładne i szczegółowe. W prosty sposób możemy sobie wyobrazić każde miejsce, w którym rozgrywa się akcja. Dosyć dobrze poznajemy też historię głównej bohaterki, a także historię Shimy. Problemem może być zrozumienie wszystkich słów dotyczących japońskiej kultury, jednak tutaj ratuje nas słowniczek umieszczony na końcu książki.

Teraz muszę jednak wspomnieć o owych zgrzytach, które mi tutaj zawadzały. Na okładce widnieje napis, że mamy do czynienia z japońskim steampunk’iem. Z tym niestety się do końca nie zgodzę, bo nie było to w moim mniemaniu aż tak odczuwalne. Bardziej nazwałabym to japońskim fantasy z lekką nutką steampunk’u, który motywem dominującym z pewnością nie jest. Kolejną rzeczą, którą mieliśmy spotkać w tej powieści są demony – niestety, ich też jest bardzo mało. Problem miałam również z bohaterami – nie potrafiłam się zżyć z Yukiko, a pozostali byli dla mnie zupełnie neutralni. Nie wzbudzili we mnie żadnych uczuć. Jedyną istotą, która faktycznie przypadła mi niezmiernie do gustu był arashitora.

Po przebrnięciu przez pierwszą część, która mnie niezmiernie znużyła, książkę czytało mi się już całkiem przyjemnie i szybko. Akcja nabrała tempa, zaczęło się znacznie więcej dziać, pojawiły się nowe wątki, które sprawiły, że powieść zyskała w moich oczach. Pochwalę jeszcze autora za styl i język, którym się posługuje, bo są one naprawdę bardzo dobre. Brak tutaj prymitywnych słów i jałowych wypowiedzi, które nie miałyby żadnego znaczenia i były zbędne dla całej historii. Nadal jednak odczuwam lekki niedosyt i czegoś mi w tej książce zabrakło. Nie jestem do końca w stanie określić czego, ale coś mi tutaj nie współgrało całkowicie. Nadal mam po prostu wątpliwości, które nie dają mi spokoju. Niby wszystko jest w znakomitym porządku – logiczne, chronologiczne, dobrze opisane, a jednak czegoś nadal mi brak. Myślę, że wiele czytelników zna to uczucie, które mam na myśli.

Przeżyłam z tą pozycją wzloty i upadki, więc nadal nie wiem, jak ją ocenić. Początek moim zdaniem był kiepski, ale potem wszystko się zmieniło. Jednak minusy, które zauważałam, nie dają mi o sobie zapomnieć. Myślę, że zalety i wady tej książki się wyrównują, chociaż nadal widzę ogromny potencjał dla całej historii. Znakomity i oryginalny pomysł, z wykonaniem może trochę gorzej, ale jest dobrze. Moja opinia może być nieco chaotyczna, ale właśnie takie odczucia mam po lekturze dzieła Jay’a Kristoff’a – chaotyczne. Nie jestem w stanie idealnie wyrazić tego, co bym chciała. Wystawiam 4/6 i liczę na to, że kolejna część rozwieje wszelkie moje wątpliwości.

*** Sheti by sheti-shetani dla PB ***

  • aishiteru

    Ech, no ja również nie jestem zaznajomiona z japońską kulturą, więc taki nawał może trochę przytłoczyć, ale postaram się nie zniechęcać. Akurat lubie posprawdzać sobie co nieco w google, wiec pewnie zrobię to z każdą obco brzmiącą nazwą. :D Tak myśałam, że ten „japoński steampunk” to będzie taki trochę pic na wodę… i jak widać okazało się, że tak faktycznie jest. Na książkę i tak mam wielką ochotę, więc z pewnością ją przeczytam, chociaż spodziewałam się może jakieś piąteczki, zamiast 4/6. Ale jak na początek jest nieźle. :)

  • Nala

    nie planuje przeczytać tej książki, raczej nie mój klimat ;] a recenzja jakoś mnie mocno nie zachęca do przeczytania i chyba nawet i dobrze, mam sporo książek w domu które czekają na swoja kolej ;) więc nie muszę dodawać kolejnej do tej kolekcji ;)

  • Ania

    Nigdy jakoś nie byłam wystarczająco zainteresowana tą książką by zwrócić na nią większą uwagę. Recenzja niestety nie zbliża się nawet do próby zmiany mego zdania. mimo,z e w ostatecznym wydźwięku pozytywna nie przemawia do mnie zupełnie jak książka.

  • zooma96

    Liczyłam na wyższą ocenę. Po opisie spodziewałam się naprawdę wybitnej powieści, ale chyba nieco się przeliczyłam. Nie przeszkadzają mi typowo japońskie terminy, ale lubię je mieć wytłumaczone w glosariuszu. Bez tego ani rusz, gdyż sama nie jestem znawcą w tym temacie. Na pewno nie kupię tej książki, ale w mojej bibliotece pewnie już jest egzemplarz. :)

  • Shine

    Jeżeli chodzi o wytłumaczenie terminów japońskich, to są one zamieszczone na końcu książki, w słowniczku, więc nie widzę problemu :P Może jedynie w tym, że co rusz trzeba zaglądać na koniec ;)
    Jeśli chodzi o mnie, to właśnie tematyka fantasy połączona z Japonią to jest to, co zawsze chciałam mieć!! :D No i zakupiłam. Jeszcze nie czytałam, ale jak to zrobię, na pewno dam znać, czy autor podołał zadaniu połączenia fantasy z japońskim klimatem ^^